Znajomi donieśli mi, że „Newsweek” podaje moje nazwisko i pisze o premierze mojej sztuki „Diva for rent”. Taki „Newsweek” to nie byle co i z czystej próżności kupiłem. Dotarłem do artykułu, w którym zechciano o mnie wspomnieć. Jest o flircie opery z popkulturą. Jednak nim odnalazłem swoje nazwisko, natrafiłem na wytłuszczone zdanie pianisty i showmana, Waldemara Malickiego: „Łajdaczenie się Pavarottiego ze Spice Girls to był wstyd i ohyda, bo niczego to do sztuki nie wniosło”. Taki „Newsweek” to nie byle co, a Malicki to nie byle kto, więc w świat poszło i wielu też już uważa, że świętej pamięci Pavarotti się łajdaczył, okrył się wstydem i ohydnie postępował. Nie jestem wyznawcą teorii, że „o zmarłych dobrze albo wcale”, ale nie lubię, gdy się obraża ludzi. Korzystam więc, że mogę wypowiedzieć się na łamach Wirtualnej Polski, która ma nie mniejszą siłę rażenia niż wspomniany tygodnik i kategorycznie oświadczam, że Pavarotti jako artysta nigdy się nie łajdaczył.
W przeciwieństwie do Waldemara Malickiego nie uważam, by Pavarotii zrobił coś złego, stając na jednej estradzie z gwiazdami i gwiazdkami popu. Jemu było wolno. Bo nie zrobił tego, by rozpaczliwie utrzymać się powierzchni popularności. Nie przeczę, że jednym z powodów była chęć zarobku (miał wówczas problemy podatkowe). Ale przecież śpiewanie było jego zawodem i źródłem dochodów.
Ale przede wszystkim miał do tego prawo, bo zrobił to po blisko czterdziestu latach kariery operowej. W tym czasie zaśpiewał wielokrotnie we wszystkich bardziej mniej znanych teatrach, w połowie teatrów wcale nieznanych, gdzie wykonał cały repertuar, jaki napisano dla jego głosu. A nawet więcej – pod koniec kariery pozwolił sobie na wycieczkę w obszary zarezerwowane dla innych rodzajów tenora niż ten którym dysponował czyli lirycznego. Zaśpiewał m.in. partię Otella w dziele Verdiego. Wprawdzie tylko koncertowo, ale melomanom to wystarczyło. Do tego – wydał setki płyt sprzedanych w 100 milionach egzemplarzy! Niektóre opery nagrał kilkakrotnie. A jak by tego było mało – niezliczone koncerty, często plenerowe, darmowe, zjednujące operze nowych fanów.
Dokonał więc wszystkiego, czego oczekuje się od śpiewaka operowego. Przez ponad trzydzieści lat cieszył fanów opery. Mógł przejść na emeryturę. Nie mógł już dać więcej operze i sztuce wysokiej. Oprócz – poszerzenia kręgu jej odbiorców. I zrobił to, organizując koncerty „Pavarotti&Friends”. Dzięki niemu operą zainteresował się niejeden fan U2, Jona Bon Jovi, Celine Dion, Annie Lenox, Stinga i innych. Gdzie tu powód do wstydu? Uważam, że to wspaniałe, iż ja, wielbiciel opery, mogę „podzielić” się Pavarottim z tymi, którzy na co dzień opery nie słuchają.
Te crossoverowe wyczyny wielkiego tenora w niczym nie zaszkodziły ani jemu, ani operze. Występy z artystami mniejszego kalibru (tzn. z takimi, z którymi rozprawił się czas – o „Spicetkach” mało już kto dziś pamięta) nie spowodowały, że przestał być ikoną opery. Był geniuszem, który dał z siebie wszystko. A nawet więcej. Nieładnie więc przypisywać mu grzechy, których nie popełnił. Czy Waldemar Malicki, doskonały przecież pianista klasyczny, zarzuci sam sobie, że pozyskuje muzyce nowych wielbicieli, będąc komercyjnym komediantem i showmanem? Dopóki robi to dobrze – nie musi. Niepotrzebnie tylko wygłasza takie efekciarskie, buńczuczne i obraźliwe opinie.
A Pavarotti, mimo że odszedł cztery lata temu, nadal żywy! Dzięki temu, co zrobił w operze i poza nią. Świadczy o tym graffiti, dostrzeżone przeze mnie dwa lata temu na jednej z florenckich kamienic:
![]() |
![]() |
Malicki wielki pianista???
Malicki jak osiągnie 5% tego co Pavarotti to będzie mógł się odzywać. Póki co, gęba w kubeł!

Wywiad z Christianem Kerezem, który miał zaprojektować budynek warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Jeszcze zanim nastały czasy saskie, w których sztukę picia doprowadzono do doskonałości, wiele było uczt, które kończyły się tragicznie

Zajęcia jednoznacznego stanowiska ws. budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w
Warszawie domagają się w liście do prezydenta Bronisława Komorowskiego, prezydent m.st. Warszawy
Hanny Gronkiewicz-Waltz i ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego reprezentanci środowiska
naukowego
