Na pierwszy rzut oka to książka dla ultra-ekstremalnych wielbicieli Chopina. „W hołdzie Chopinowi. Bałakiriew w Warszawie i Żelazowej Woli” Grzegorz Wiśniewskiego. Jednak historia, którą opisuje to przypowieść o narodowych kompleksach, wciąż nieodkłamanych patriotycznych mitach i złożonych relacjach rosyjsko-polskich. Zainteresować może każdego, kogo poruszają doniesienia o pojawiających się i znikających w tajemniczy sposób tablicach, profanowanych pomnikach i innych przejawach uczuć różnej maści pomiędzy nami a naszymi sąsiadami.
Mili Bałakiriew, szara eminencja rosyjskiego świata muzycznego, w roku 1891 postanowił odwiedzić miejsce narodzin swojego idola – Fryderyka Chopina. Od pomysłu nie zraziły go nawet trudny podróży. Pokonać drogę pomiędzy Petersburgiem a Warszawą było niczym w porównaniu z wyprawą do Żelazowej Woli. Koleją dostał się do Żyrardowa, a stamtąd do celu swej podróży jechał na furmance wyboistą drogą prawie sześć godzin. Na miejscu zastał walącą się ruderę, w której trzymano graty i kwaszono mleko. Właściciel, hreczkosiej Pawłowski, nie miał najmniejszego pojęcia, że w należącej do niego nieruchomości urodził się Chopin. Ba! Nie wiedział, kim jest Chopin! Przybity Bałakiriew wrócił do Warszawy. Chciał poprawić sobie nastrój, oglądając w Teatrze Wielkim polską operą, ale akurat niczego takiego w repertuarze nie było. Naprędce zorganizowano dlań pokaz baleciku „Wesele w Ojcowie”. Warszawska prasa opisała przygody Rosjanina na polskiej prowincji. Zrobiła się sprawa. Zawstydzeni Polacy przypomnieli sobie o powinności wobec jednego z największych z nich. Zaczęto działać. Tak skutecznie, że w 1894 zaproszono Bałakiriewa do Żelazowej Woli na odsłonięcie obelisku upamiętniającego Chopina.
Tak oto wróg i zaborca pomógł budować nam narodową tożsamość. Przybył z kraju, gdzie co rusz dawano wyraz fascynacji polską kulturą. Wiśniewski przedstawia sukcesy polskich pisarzy na rosyjskim rynku. Tamtejsi kompozytorzy, jak choćby Czajkowski czy Rimski-Korsakow dawali wyraz swojej fascynacji muzyką Chopina. Dzieła Mickiewicz była dla nich inspiracją. W naszej świadomości, dzięki szkolnej lekturze, utrwalił się jedynie obraz Rosjanina, wyrzucającego przez okno fortepian Chopina. Jak się okazuje, większość chętniej wygrywała na nim mazurki i polonezy. To jednak nie jest już tak efektowne jak ideał sięgający bruku.
A w Polsce? Świadomie nie zauważano kultury rosyjskiej – Dostojewskiego, Tołstoja, Turgieniewa, kompozytorów Potężnej Gromadki, Czajkowskiego, Riepina. Wszystkiego tego, co mogło dać świeży impuls. Rosyjską muzykę usłyszeli za to inni, choćby Francuzi – Debussy, Ravel, wzbogacając swój język muzyczny i wytyczać w historii muzyki nowe ścieżki. Polacy odcięli się od tego, co mogło ich rozwinąć. W imię czego? W imię ksenofobicznego patriotyzmu. A jakiego rodzaju był to patriotyzm najlepiej przekonała się Modrzejewska. Przez kilka lat użerała się z cenzura, by pozwoliła jej wystawić ukochanego przez nią, znajdującego się, na indeksie autorów zakazanych, Słowackiego. W końcu się udało. Pozwolili wystawić (acz bez podawania nazwiska autora) „Marię Stuard” i fragmenty „Mazepy”. Wielka Helena oczyma wyobraźni widziała już swoich rodaków, którzy z wypiekami na twarzy słuchają zakazanych słów Wieszcza, widziała, jak mocno biją polskie serca, jak jej deklamacja strof polskiego dramatu wywołuje być może nawet manifestację patriotyczną. Tymczasem… W premierowy wieczór teatr świecił pustakami… Frekwencję ratowali ponoć rosyjscy tajniacy… Polscy patrioci nie byli zainteresowani polskim dramatem. Przerażona Modrzejewska uciekła aż do Ameryki grać Szekspira.
Co więc wybrali słynni z patriotycznych uczuć Polacy? Kochano francuskie sztuczydła, dobrze skrojone i płaskie jak stół melodramaty i komedyjki Scribe’a oraz Sardou (jeśli te nazwiska nic Ci nie mówią, Czytelniku, to się nie martw – nie muszą). Rosyjskie dzieła muzyczne pojawiły się w warszawskim teatrze dopiero w latch90-tych XIX. A i to były to dzieła inspirowane kulturą Zachodnią, jak np. opera Czajkowskiego „Jolanta”, oparta na duńskim dramacie, wystawionym nawet niegdyś w Warszawie dla Modrzejewskiej.
Ciekawe, że właściwie żadna z kultur słowiańskich nie wzbudzała w ówczesnych Polakach zainteresowania. Przynajmniej w sferze teatru muzycznego. Czeski kompozytor, Smetana, wystawił w Pradze „Halkę” Moniuszki i jego „Straszny dwór”. Za to w korespondencji Moniuszki nie znajdziemy ani śladu zainteresowania twórczością czeskiego kolegi...
Wiśniewski niezwykle przejrzyście acz zwięźle kreśli obraz kulturalnego Petersburga i Warszawy końca XIX wieku i relacji pomiędzy obydwoma kulturami i miastami, które je symbolizują – stolicą zaborcy i stolicą ujarzmionego państwa. Książka pojawiła się w idealnym momencie. I nie chodzi tylko o Rok Chopinowski, a budzące się po jednej i drugiej stronie polsko-rosyjskiej granicy demony. Opowieść o „Ruskim” i Chopinie rzeczowo przyciera nosa polskiemu poczuciu wyższości.
Jerzy Snakowski
www.snakowski.pl
![]() |
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Jeszcze zanim nastały czasy saskie, w których sztukę picia doprowadzono do doskonałości, wiele było uczt, które kończyły się tragicznie

Do 31 maja trwa nabór uczestników do festiwalu YES’t Festival 2012 - konkursu wokalnego integrującego środowiska artystów sprawnych i niepełnosprawnych
