szukaj:
z ostatnich:
Zapiski mężczyzny po niewłaściwej stronie czterdziestki


Shrek już tu jest

dodane 2011-10-27 (09:23)
  A A A
 
fot. Piotr Manasterski

Shrek” już tu jest

Dziś, by musical mógł odnieść sukces, nie wystarczy już sprawnie ułożona melodramatyczna historyjka okraszona ślicznymi melodiami i przynajmniej jednym hitem. Więc co? Sposobów jest kilka. Na przykład – oryginalny koncept. Oglądając fotosy z amerykańskiego musicalu „Avenue Q” można sądzić, że to spektakl dla dzieciaków – obok żywych aktorów występują tu lalki, przypominające nieco te z „Ulicy Sezamowej”. Jednak, gdy musical ten ogląda się na scenie pryska aluzja niewinności – to dzieło zdecydowanie dla dorosłych, którzy docenią jego polityczną niepoprawność i odwagę w poruszaniu takich tematów, jak np. rasizm. Inny musical, „Spring Awakening” porusza tematy do tej pory w musicalu nieobecne – mroczne aspekty dojrzewania i frustracje nastolatków prowadzące do gwałtu, aborcji i samobójstwa. By historii pryszczatych bohaterów dodać dodatkowych ponurych barw ulokowano ją w ściśniętej gorsetem i konwenansami epoce wiktoriańskiej. Innym sposobem na zdobycie serc publiczności, jest oszołomienie jej inscenizacją. Doskonała w tym jest chociażby reżyserka Julie Taymor, której fantazja w wymyślaniu lalek nie zna granic. To ona stworzyła musicalowego „Króla Lwa”, a ostatnio zmierzyła się ze „Spidermanem”, w którym zapierające dech w piersiach ewolucje aktorów kosztowały niejedno złamanie kończyn. Można też przyciągnąć publikę znanym nazwiskiem –np. Bono, który napisał muzykę do przed chwilą wspomnianego „Spidermana” czy Eltona Johna, autora m.in. „Króla Lwa”, „Aidy”, „Billego Elliota”.

Jednak najmniejsze ryzyko podejmują ci, którzy budują musical na sprawdzonym już materiale. To klasyczne wyciskanie do ostatniej kropli korzyści z sukcesu, czyli to, co obce było Jagielle po Grunwaldzie. Taką drogą poszli twórcy musicalu „Shrek”(muzyka Jeanine Tesori, libretto David Lindsay-Abair), którzy tworzyli swój spektakl, gdy produkt „Shrek” podbił świat nie tylko dzięki filmowi, ale i jego pochodnym – sequelom, grom komputerowym i całej armii gadżetów. Mistrzostwem świata było by zepsuć taki ciąg sukcesów. W musicalowej wersji „Shreka” efektowne teatralne pomysły odwracają uwagę od snucia porównań z filmem. Przyjemna muzyka, żonglująca stylami, bez problemu sączy się do uszu. Scenę wypełniają postaci i żarty znane z kina. Bezpieczny musical skazany na sukces. Nic oryginalnego, nic, co by mogło skłonić mnie do dłuższej refleksji, gdyby nie polska premiera tej produkcji.


fot. Piotr Manasterski

Musical miał swoją prapremierę w Nowym Joru na Broadwayu w 2008. Londyński West End przedstawił go w czerwcu tego roku. Drugim miastem w Europie, które porwało się na inscenizację „Shreka” jest… Gdynia. Teatr Muzyczny dał premierę „Shreka” we wrześniu. To rzadkość, by polski teatr muzyczny miał w repertuarze dzieło tak świeże. Zazwyczaj trafiają do nas musicale nieco już zgrane i przecenione. Efekt jest taki, że nie jesteśmy na bieżąco z tym, co w musicalu piszczy. To powoduje, że nie wyłapujemy w nowych dziełach licznych musicalowych autocytatów. A to obecnie jedna z ulubionych zabaw twórców musicali z widownią – przemycanie cytatów z innych dzieł. Owo mrugnięcie okiem, ten dialog między musicalami sprawia, że obeznany widz zaczyna się czuć „w musicalu” jak w domu, w którym co chwila natrafia na znane już sobie osoby. Czuje się wręcz jak u siebie. Komfortowo. Niestety, polski widz, pozbawiony kontaktu z musicalami z ostatnich 10-15 lat, nie może tak się poczuć. Na szczęście reżyser polskiego „Shreka”, Maciej KORWIN, sprytnie znalazł ekwiwalent tego pomysłu. W gdyńskim spektaklu roi się od aluzji do innych spektakli… Teatru Muzycznego w Gdyni. Reżyserskie pomysły, a także przekład Bartosza Wierzbięty, szczęśliwe spolszczają „Shreka”, co dla widzów jest źródłem dodatkowej zabawy.

Jak taki świeżutki „Shrek” trafił do Polski? I tu kolejna sensacja. Teatr wcale nie starał się o ten tytuł. To producenci sami zaproponowali Gdyni produkcję. O producentach musicalowych można powiedzieć wszystko, ale nie to, że lubią ryzyko. Musieli mieć pewność, że teatr, któremu powierzają swoje dzieło musi sprostać zadaniu. I Gdynia sprostała. Na scenie oglądamy ładne, dynamiczne widowisko, i bawiące, i wzruszające, i cieszące teatralnymi rozwiązaniami. Dariusz Różankiewicz pewną ręką prowadzi muzyków, jednak pobłażając nadto wokalnym wyczynom aktorów. Scenografia Pawła Dobrzyckiego i kostiumy Jerzego Rudzkiego są tak ładne, że chce się je wziąć do domu. Do tego wszystko mistrzowsko oświetlone. To sprawia, że gdyński Teatr, mając w repertuarze także pozycje oryginalne, pisane specjalnie dla niego, do tego mistrzowsko zrealizowane, takie jak „Lalka” Kościelniaka, może być spokojny o pozycję pierwszego teatru muzycznego w Polsce.

Całe Trójmiasto spieszy oglądać „Shreka”. Bydgoszcz i Toruń też mogą przyjechać na Wybrzeże, wydartemu drogowcom przed wyborami kawałkiem autostrady. Warszawa i reszta Polski pewnie czeka, aż PKP przybliży im w końcu Trójmiasto o kilka godzin. Kolejarze! Pospieszcie się! Bo w Gdyni jest „Shrek”!

Jerzy Snakowski
www.snakowski.pl






oceń
3
0
Podziel się


Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Ćwicz kicz

W dziedzinie wycinania osiągnął już chyba wszystko


Rozmowa z berlińskim artystą Timem Roeloffsem więcej

Moda i obyczaje

Tragiczny koniec uczty polskiej


Jeszcze zanim nastały czasy saskie, w których sztukę picia doprowadzono do doskonałości, wiele było uczt, które kończyły się tragicznie więcej