szukaj:
z ostatnich:
Zapiski mężczyzny po niewłaściwej stronie czterdziestki


Wielka sława to żart

dodane 2011-07-13 (09:20)
  A A A
 

Los potrafi być okrutny, a fortuna kołem się toczy. Doświadczył tego Roman Statkowski. Kto? No właśnie… Polski kompozytor, autor chociażby dwóch oper – „Filenis” i „Marii”. Musiał być z nich dumny. Obydwie wygrały prestiżowe konkursy – jeden w Londynie (w 1903), drugi ogłoszony przez Filharmonię Warszawską (w tym samym roku). I wydawać by się mogło, że takie sukcesy powinny zagwarantować kompozytorowi nieśmiertelność, a dziełom – stałe miejsce w repertuarze. Nic z tego! „Filenis”, pomimo londyńskiego triumfu, od niemal stu lat czeka na wskrzeszenie. Więcej szczęścia ma „Maria”, która od czasu do czasu skusi poszukiwaczy repertuarowych ciekawostek. Pojawia się więc w repertuarze któregoś z teatrów, by po kilku spektaklach zniknąć. Od daty premiery, czyli od roku 1906, przygotowano zaledwie jej sześć inscenizacji . W 2009 doczekała się w Polskim Radio dobrego nagrania pod batutą Łukasza Borowicza. Ale w świadomości szerokiego odbiorcy nie zagościła nigdy.

O czym jest „Filenis” – nie mam pojęcia. Być może o kochance Safony (jeśli tak – należy podziwiać odwagę kompozytora). „Maria” zaś jest operową adaptacją poematu Antoniego Malczewskiego, który jeszcze kilka lat temu był w liceum lekturą obowiązkową. To ponuro-miłosna historia ze szlacheckimi bohaterami i ukraińskim stepem w tle. W tytułowej bohaterce, pochodzącej z drobnej szlachty, zakochuje się magnacki syn, Wacław. Romans jest nie na rękę ojcu chłopaka. Każe więc zabić Marię. Ot, i cała historia. Teatry wzdrygają się przed włączeniem dzieła do repertuaru, dostrzegając jego słabości – wątłą dramaturgię libretta, pozbawionego efektownych spięć, chybione z teatralnego punktu widzenia zakończenie, fabułę i sytuacje scenicznych łudząco podobne do tych w „Halce”. Do tego główna bohaterka ma niewiele do zrobienia i zaśpiewania – jej rola ogranicza się do miłosnych westchnień i lamentów akcie drugim i kilku fraz w akcie trzecim. To, że dzieło w momencie powstania, zamiast konkurować z operami Pucciniego czy Straussa trąciło myszką, akurat dla współczesnego widza nie ma już żadnego znaczenia.

Mimo to – lubię je ogromnie. Jako wielbiciel Czajkowskiego nie mogę oprzeć się jej muzycznemu urokowi. Czajkowskiego przywołuję tu nie przypadkowo. Jego muzyką zafascynowany był także twórca „Marii”. I to słychać. Co rusz w pobrzmiewają w dziele Statkowskiego echa uwertur-fantazji Czajkowskiego i jego oper. Szczególnie „Mazepy”, którego akcja także rozgrywa się na Ukrainie i którego główna bohaterka ma na imię Maria. Podobnie jak u Czajkowskiego, także u Statkowskiego mamy wyraziste motywy muzyczne, cudownie śpiewne melodie, subtelną grę motywów przewodnich. Ale przede wszystkim, i tym kusi „Maria”, jest tu wspaniale, symfonicznie brzmiąca orkiestra. Nigdy do tej pory polski kompozytor operowy nie postawił przed orkiestrą takiego zadania. Skrzy się ona barwami, efektami dźwiękowymi, staje się właściwie głównym bohaterem dzieła. To ona właściwie buduje dramaturgię, przeplatając patos z liryzmem. Jest czego słuchać i w czym się zanurzać!

Jeśli zachęciłem kogoś do zapoznania się z „Marią”, to będzie to można zrobić już niebawem. „Wystarczy” w swoich jesiennych wojażach uwzględnić wizytę w Irlandii na festiwalu operowym w Wexford. „Maria” zostanie tam wykonana (po polsku) czterokrotnie na przełomie października i listopada. Festiwal w Wexford cieszy się doskonałą opinią. Słynie z prezentacji mało znanych oper. W tym roku polskiej operze będą towarzyszyć dwa inne zapomniane dzieła – francuskiego kompozytora Thomasa (“La cour de Célimene”) i Donizettiego („Gianni di Parigi”). Dyrekcja festiwalu przedstawiając powód wystawienia “Marii” powiedziała, że to ”wspaniała kompozycja, która w przedziwny sposób jest ignorowana nawet w kraju rodzinnym jej twórcy”.

Śledząc jaką niezwykłą karierę robi w ostatnich latach „Król Roger” Szymanowskiego, pojawiając się na znaczących scenach i festiwalach, chciałoby się, by podobnie los uśmiechnął się i do „Marii”. Ale zdrowy rozsądek mówi, że to mało prawdopodobne. „Roger” jest oryginalny, zaskakuje, nie daje się zaszufladkować. „Maria” – tylko wpisuje się, acz w atrakcyjny sposób, w operową tradycję i spełnia oczekiwania stawiane gatunkowi. Jednak samo wykonanie na irlandzkim festiwalu, które zaowocuje z pewnością nagraniem, pozwoli zaistnieć dziełu w świadomości operowych entuzjastów, dla których impreza w Wexford jest odskocznią od wykonywanych do znudzenia „Carmen”, „Traviat” i „Butterflay’ek” .

Roman Statkowski, opera „Maria” na Wexford Festival, 22, 28, 31 października, 1listopada 2011

Jerzy Snakowski
www.snakowski.pl













oceń
0
0
Podziel się


Opinie

Ocena: 0 [0]
~Sokolski P [2011-07-15 19:08]

hurra
Do Irlandii raczej nie pojade, ale ciesze sie, ze w koncu ktos upomniał się o tą wspaniałą operę. Kiiedys w szkole muzycznej grałęm utwory fortepianowe Statkowskiego. Pod wpływem tego artykułu wczoraj wróciłem do nijc - to naprawdę wartościowa muzyka. I racje ma autor, ze nie trzeba patrzec na to, ze gdy powstwałą była już nieco staramodna. Abstarchując od tego jest po prostu piękna. Moze TVP Kultura pokusiłaby się o nagranie spektaklu w Irlandi

odpowiedz

Moda i obyczaje

Tragiczny koniec uczty polskiej


Jeszcze zanim nastały czasy saskie, w których sztukę picia doprowadzono do doskonałości, wiele było uczt, które kończyły się tragicznie więcej