Siadaliśmy już całą rodziną do wigilijnej kolacji, kiedy zabrzmiał dzwonek u drzwi. Wstałem niechętnie.
- Gość wigilijny! – ucieszyła się moja dwunastoletnia córka. Rzuciła się poprawiać wolne nakrycie przy stole.
- Ja obcego do domu bym nie wpuszczał – przestrzegł jej starszy o sześć wiosen brat.
- Nie spodziewasz się aby komornika? – zażartował teść. Dziadydze od dawna stoi kością w gardle, że po latach harówy postawiłem piętrowy dom w eleganckiej dzielnicy miasta.
Klapnąłem z powrotem na krzesło i rozlałem do kieliszków „żubrówkę”, by mieć czym wznieść toast pod karpia.
A ten dzwoni!
- Idź, zobacz! – podjudzała moja małżonka.
- Nie otwieram – postanowiłem. – W taki czas różna swołocz się dobija.
Dzwonek nie przestawał dryndać.
- A jeśli to ksiądz z opłatkiem? – zaczęła smęcić teściowa. – To jakbyś Pana Boga do mieszkania nie wpuścił.
- Też powiedziała! – sarknął teść. – Pan Bóg nie bierze stówy za pięciominutową wizytę.
- Dzwoni i dzwoni! Chamidło! – skwitował mój dojrzewający do życia w europejskim społeczeństwie synalek.
- Niech dzwoni! – Podniosłem kieliszek: - Moi drodzy, Przybieżeli do Betlejem, w górę serca, oby nam się, hop siup. Na zdrowie!