Mój poczciwy Robinson tuż po wschodzie słońca przywołał mnie do siebie. Pamiętając jeszcze, jak wieczorną porą dla kaprysu grzbiet obił mi kijem, szedłem z ociąganiem. Znałem Robinsona równie dobrze jak każdy sęk na jego kosturze, spodziewać się mogłem zatem, że i dzisiaj z właściwym mu oddaniem wtłaczać mi będzie do głowy pańskie nauki.
Zdziwiłem się, ujrzawszy Robinsona wykąpanym i w odświeżonym kaftanie. Niechęć Robinsona do wody jest, jak pokrętnie tłumaczy, skutkiem nader długiego przebywania w morskiej kipieli, z której to przygody jeden Robinson z całej załogi statku uszedł z życiem. Wciągając w nozdrza czyste powietrze, jednocześnie zachodziłem w głowę, jaka choroba dopadła Robinsona. Lęk mnie zdjął, że i tym razem poczciwina w obiciu grzbietu Piętaszka będzie upatrywał lekarstwa.
Przygotowany na najgorsze, słyszę:
- Kogo przed sobą widzisz?
Odchrząknąłem i pozbierawszy myśli, odparłem jak najbezpieczniej:
- Robinsona, panie.
Wzdrygnął się, zniecierpliwiony. Opanował wszak gniew i znowu uprzejmie przemówił:
- Piętaszku, wznieś się ponad przynależną ci z urodzenia tępotę i wypowiedz zdanie, które zawiera więcej niźli tylko dwa słowa.
- Widzę Robinsona, szlachetnie urodzonego syna wysp brytyjskich, zapewne spokrewnionego z rodziną królewską, który, nie bacząc na równe władcom pochodzenie, swe siły i talenty oddał służbie niewdzięcznej ludzkości, uszczęśliwiając ją na co dzień i od święta perkalikami, jedwabiem, piwem, zbożem, drewnem, modlitewnikami tudzież wywarami spędzającymi płód – i co tam jeszcze sztuka kupiecka gotowa jest za stosowną opłatą zaoferować. Widzę zarazem drogiego memu sercu pana, który z równym królom angielskim oddaniem wziął we władanie tę mizerną wyspę i mnie, niegodnego sługę, któren miał szczęście...