Mój poczciwy Robinson nawiedził mnie jak zwykle w porze kolacji. Rozsiadł się przy ognisku i wodząc wzrokiem za pieczenią na rożnie, przybrał minę człowieka, jakiemu pisane długie życie i sukcesy – a bodaj napełnienie brzucha przed nocnym spoczynkiem.
Widok Robinsona zadowolonego z życia niezmiennie napawa mnie radością. Jawi mi się wówczas, że nasz świat – sprowadzony do wysepki ze wszech stron okolonej morzem – wspiera się na solidnych podstawach, i po przebudzeniu zastanę go takim samym, jakim widziałem go zasypiając.
- Godnie wyglądasz, panie – rzekłem szczerze, bo nie uszło mej uwadze, że wbrew swoim zwyczajom uprał kozi kaftan i zażył morskiej kąpieli.
- Nie może być inaczej – mruknął. – Godne lędźwie godnego potomka winny spłodzić.
- Potomka? – zdziwiłem się.
- Krew z mojej krwi, kość z mojej kości. Po mnie obejmie we władanie wyspę wraz ze wszystkim, co na niej żyje, rośnie, pływa i oddycha.
- Wszystko? – jęknąłem.
- A jakże, Piętaszku, ciebie nie wyłączając.
- Ledwo umknąłem Salamakom z kotła, dostałem się w nową niewolę.
- Niewolą nazywasz stan, w którym wolno ci mieszkać obok mnie i wraz ze mną posilać się rano, w południe i wieczorem?
- O ile najpierw sam coś jadalnego uwarzę.
- Otóż i wdzięczność – wycedził. – Człowiek jak ja szlachetnie urodzony nie chowa urazy w sercu.
- Pięknie dziękuję – mruknąłem zgryźliwie.
- Nie zważając na twoją niewdzięczność, wychowam potomka na godnego mnie następcę, gotowego z równym zapałem opieką cię otaczać i ku chrześcijańskiemu zbawieniu poprowadzić.
- Czyli do końca moich dni będę kuchcikiem, posługaczem, tragarzem i chłopcem do wszystkiego.