Mój poczciwy Robinson w ostatni dzień roku objawił światu zmęczoną od pijaństwa gębę.
- Wcześnieś zaczął, panie – rzekłem nie bez przygany, bo miałem nadzieję znaleźć w Robinsonie kompana, w którego towarzystwie pagawędką przy palmowym winie powitam nadejście nowego roku.
- Zejdź mi z drogi! – wybełkotał ponuro.
Lęk mnie zdjął, skoro spostrzegłem, że nie opilstwo zrodziło gryzącą go melancholię, lecz melancholia raczej kazała mu szukać zapomnienia w winie. Jak mawiał mój zacny ojciec, zanim w kotle Salamaków do cna stracił rezon wraz z tak zwanym doczesnym życiem: „Zanim podasz lekarstwo, odkryj przyczynę choroby”. Umyśliłem więc pójść za ojcowską radą.
- Coś cię trapi? – spytałem okrężnie, nie chcąc chorego wystraszyć frontalnym atakiem i zmusić do odwrotu.
- Nic ci do tego – wystękał.
- Z miłości do ciebie pytam. Zły to sługa, który w trudnych chwilach nie stoi u boku swego pana.
- Już niedługo – wybełkotał.
- Mówisz zagadkami, panie – podjąłem ostrożnie.
Oparł się plecami o pień drzewa, wzrokiem wybiegł hen za morski horyzont i, jakby trzeźwiejąc, powiedział:
- Świat to jedna wielka zagadka.
- Jako żywo, panie. Odkąd żem się narodził, co dzień przychodzi mi samemu odpowiadać na zagadkę, czy z pustym brzuchem nie przyjdzie mi do snu się położyć.
- Skarlały rozumie! – huknął, na mnie kierując wzrok – w jak ubogim świecie przyszło ci przebywać.
Postanowiłem zmienić front:
- Mały rozum bierze się za bary z kłopotami małej miary, umysł wielki zmaga się z wielkimi wyzwaniami. Cóż cię trapi, panie?
- Życie!
- Jakże to? – wydukałem. – Ty narzekasz na życie? Robinson, któren z racji na urodzenie godzien zaszczytu katowskiego miecza miast przynależnej plebsowi szubienicznej pętli?
Gładko przełknął komplement, lecz się nie uśmiechnął.
- Życie, Piętaszku, jest gówno warte – westchnął.
- A religia, panie? Miłość, dobre wino, pięknie pobrzękująca sakiewka – to wszystko się nie liczy?
- Wszystko kiedyś musi mieć swój kres...