Mój poczciwy Robinson równo ze świtaniem przystąpił do robienia porządków. Zdziwiony tak niezwykłym u Robinsona stanem, jąłem go bacznie obserwować.
Mrucząc coś pod nosem, wynosił z szopy narzędzia. Ledwo się z nimi uporał, nie odpocząwszy nawet, przystąpił do zabierania garnków z kuchni.
Ciekawość we mnie zwyciężyła, więc spytałem:
- Co robisz, panie?
Zamiast odpowiedzieć, ze zdwojoną energią jął ogałacać kuchnię z tej nędznej pozostałości zastawy kuchennej, jaką zdołał z zatopionego statku ocalić.
Podejrzałem, że znosi wszystko do dużej szopy, którą na nadmorskim wzgórzu niedawno wybudował. Wyszedłem mu naprzeciw. Na mój widok jakby oprzytomniał. Przypadł do mnie i z napięciem w oczach spytał:
- Ile po mnie zostanie?
Myślałem nad odpowiedzią, ale nie znając podłoża pytania, nijak nie potrafiłem wśród mnogości możliwych odpowiedzi znaleźć tę właściwą.
- Co masz, panie, na myśli? – dociekałem.
- Kiedy umrę, mój Piętaszku, co po mnie zostanie?
- Jeśli nadal będziesz się zapuszczał aż za cypel, to chyba niewiele, bo rekinów tam zatrzęsienie.
- Nie o rekinach myślę.
- Gdyby zaś na wyspie wylądowali i we śnie nas zaskoczyli Salamakowie, to – nie chcę być nadto detaliczny, ale okoliczności tego wymagają – też niewiele zostanie do zbierania. Salamakowie, nie raz ci mówiłem, zwykli ogryzać wrogów do kosteczek.