Mój poczciwy Robinson poczęstował mnie tęgim kopniakiem, kiedym wrócił z koziej zagrody z udojonym mlekiem.
- Za co? – jęknąłem.
- Wybiję ci z głowy dzikie zabobony!
- Szczęście wielkie, żeś od miękkich pośladków zaczął – popatrzyłem na niego krzywo.
- Mów, cóżeś to za taniec odtańczył pod palmą?
- W ostatniej chwili żem zmiarkował, że zapuszczam się z lewej strony, więc się cofnąłem, by okrążyć pień od strony przeciwnej. Okrążyć drzewo z lewej to pewne nieszczęście na polowaniu.
- Tak też myślałem! Na nic moja nauka, skoro w przesądach tkwisz jak ryba w mule. Od dziś inaczej cię będę uczył.
Zamierzył się kijem. Przytomnie uskoczyłem, alem uronił przy tym mleka z cebrzyka. Cóż było robić? Nie uśmiechało mi się dnia zaczynać bez śniadania, jednak jak nakazuje zwyczaj ulałem sporą porcję mleka przez lewe ramię.
- Opętańcze! – próbował mnie powstrzymać.
- W trosce o nas to czynię. Mleko wylać, to jakby biedę zapraszać do domu! Dla odpędzenia nieszczęścia trzeba skropić ziemię mlekiem, koniecznie przez lewe ramię.