Mój poczciwy Robinson uznał, że znalazłszy w mojej osobie pilnego i zdolnego ucznia, może w nudne wieczory na wyspie kształcić mnie w dwóch dziedzinach, które sam stawia najwyżej.
- Piętaszku – podjął z miną tak uroczystą, jakby zamierzał winem z bananów mnie ugościć – wprowadzę cię w tajniki handlu.
- Jakże to – zdziwiłem się szczerze – zarzuciłeś już poezję, którąś co wieczór mnie raczył?
- Durny Piętaszku! Umyśliłem oto dwie pieczenie upiec na jednym ogniu.
- Dwie pieczenie?
- Naukę o poezji słowa połączę z wykładami o kupiectwie.
- Spodziewam się – mruknąłem, nauczony doświadczeniem – że przyjdzie mi słono za obie pieczenie zapłacić.
Ruchem ręki zmusił mnie do milczenia.
- Poezja – ciągnął, mocno zezując, co w jego mniemaniu najtrafniej oddaje wyraz uduchowienia na twarzy – jednym uskrzydlonym słowem odrywa nas od ziemi i unosi ku krainie marzeń.
- A kupiectwo – wszedłem mu w słowo – ciągnie nas za nos ku krainie mamony.