Mój poczciwy Robinson od rana wzdychał z takim zapałem, że jasnym mi się zdało, iż dopadła go nostalgia za ojczystą Anglią, albo cierpi na wzdęcia po zbyt późno zjedzonej kolacji.
- Czas na śniadanie – przypomniałem łagodnie, chcąc zbadać, czy literalnie boli go żołądek, czyli też metaforycznie dokucza mu serce.
Nie odpowiedział. Zwócony twarzą ku morzu, wybiegał nieruchomym wzrokiem za horyzont. Powieka mu ani drgnęła, gdym powtórzył pytanie. Kiedy trąciłem go łokciem, skoczył jak człowiek wyrwany z głębokiego snu.
- Zmęczonyś, panie? – zaryzykowałem.
- Głowa, Piętaszku! – westchnął, tą odpowiedzią zbijając mnie z tropu. – Głowę mam pełną marzeń.
Nauczony doświadczeniem, że marzyciel i wariat to dla zdrowego jednako niebezpieczna kompania, jąłem dociekać, jakim marzeniom Robinson dał się nieopatrznie porwać:
- O czym to marzysz? Są marzenia, które z pomocą oddanych przyjaciół łatwo jest ziścić.
Spojrzał na mnie z góry.
- Nie rozumiesz – mruknął. – Marzenia twojego pana mogłaby urzeczywistnić jedynie złota rybka.