szukaj:
z ostatnich:

Animator 2013: Do serca i rozumu twego. Relacja z drugiego dnia festiwalu

Logo dostawcy 
dodane 2013-07-15 (13:36) 4 lata 4 miesiące 27 dni 20 godzin i 48 minut temu
  A A A
 
(fot. K.Pictures)


Największymi gwiazdami drugiego dnia Animatora okazali się Franciszka i Stefan Themersonowie – polscy prekursorzy kina czystego, któremu poświęcono jeden z pokazów. Formalne eksperymenty małżeństwa, mieszczące się na granicy sztuki i nauki oraz emocji i intelektu, wyznaczyły również ramy tego, co najciekawsze na pokazach konkursowych.

„Do serca twego” jest tytułem filmu, który podbił serca widzów drugiego dnia festiwalu. Młoda polska animatorka – Ewa Borysewicz – to bardzo uważna obserwatorka codziennego życia polskich blokowisk. W swoim debiucie – „Kto by pomyślał” – w paradokumentalnym stylu, nieco ironicznie, ale nie bez wyraźnej sympatii analizowała reakcje swoich bohaterów na znienacka ujawnioną w ich społeczności odmienność.

W drugim filmie przyszła pora na baczniejsze przyjrzenie się zjawisku znacznie mniej kontrowersyjnemu, a wręcz odwiecznemu i uniwersalnemu – miłości. Jej ujęcie dalekie jest jednak od banału, czającego się na autorów zmagających się z tym zbyt często eksploatowanym w sztuce uczuciem. Podobnie jak we wcześniejszym filmie, Borysewicz korzysta z nieco pokracznej, krzywej i bardzo uproszczonej kreski – wyglądającej jakby wyszła spod kredki dziecka, albo nieszczególnie subtelnego dorosłego.

Szorstkość przyjętej estetyki pasuje do ukazanego krajobrazu: znajduje się na nim blok z wielkiej płyta, ławeczka, jakaś huśtawka, jakiś trzepak i obowiązkowy kościół w tle – typowy polski widok, kojarzony z szarością i prozą codziennego życia, „żaden tam lajt, żadnej relaks – zapomnij!”, jak mówi bohaterka filmu. Między piaskownicą a trzepakiem dojrzewa jednak uczucie, choć nie jakieś wielkie, romantyczne, ani nawet szczególnie piękne. Takie zwykłe, „z życia wzięte” – narodzone na huśtawce, z gumą do żucia w buzi.

Film Borysewicz przypomina nieco animacje Wojciecha Bąkowskiego, z jemu właściwym uwrażliwieniem na zwykłą codzienność, z jej niedoskonałościami, wypaczeniami czy wręcz patologiami. Animatorka podobnie jak Bąkowski świetnie operuje językiem – wkłada w usta bohaterki słowa zasłyszane z mowy potocznej, uformowane jednak na sposób poetycki. Nie bez powodu film nazywa się „Do serca twego” – monolog zakochanej bohaterki jest litanią skierowaną do ukochanego, przypominającą nieco „modlitwę wszystkich polaków” z „Dnia Świra”.

Drugą wielką zaletą prezentowanej w konkursie animacji jest strona wizualna – redukcja wszystkich zbędnych szczegółów doprowadziła do pozostawienia na ekranie kilku krzywych kresek. Przy takim minimalizmie środków każdy pojawiający się szczegół wybrzmiewa podwójnie, jak choćby wdzierające się w czarno-białą materie obrazu jarzeniowo kolorowe gumki do włosów konkurentek do serca ukochanego.



Minimalistami na pewno nie są dwaj Polacy, którzy z jak najlepszej strony zaprezentowali się w dniu inaugurującym festiwal. Filmy „Toto” Zbigniewa Czapli i „Ziegenort” Tomasza Popakula to estetyczna bomba rozsadzająca nasze najśmielsze oczekiwania. „Toto” opowiada historię zabłąkanego chłopca, trafiającego do tajemniczej dzwonnicy oraz jego zrozpaczonej matki.

Niesamowicie gęsty obraz, rojący się od pozornie przypadkowych muśnięć i chlapnięć farbą, wciąga nas emocjonalnie feerią barw w ledwo zarysowaną opowieść o miłości matki do syna i jej rozpaczy po jego stracie. „Ziegenort” natomiast byłby jedynie kolejną historią o trudach dojrzewania i pierwszych miłości, gdyby nie został obdarzony niezwykle oryginalną aranżacją obrazu. Wszystko rozgrywa się w nim na granicy – jawy i snu, nocy i dnia, miłości i nienawiści. Monochromatyzm wizualnej przestrzeni pomiędzy również dominuje na ekranie z przerwami na rozpryski kolorystycznych ekstremów – pomarańczy wschodzącego słońca czy zieleni soczystego tataraku.

Polscy twórcy zwrócili się przede wszystkim w stronę uczuć – matki do syna, kobiety do mężczyzny – natomiast do rozumu odwołał się Chris Landreth w „Podświadomym haśle” – i to dosłownie. Autor znakomitego, nagrodzonego przed laty Oscarem animowanego dokumentu „Ryan” opowiadającego o animatorze Ryanie Larkinie, tym razem zrezygnował z operowania w przestrzeni między rzeczywistością a zmyśleniem i dał się ponieść własnej podświadomości. Postawił na bezpretensjonalną zabawę, surrealistyczny humor i grę intertekstualnymi smaczkami. Charles, bohater o twarzy reżysera, zapomina na towarzyskim spotkaniu imienia dawno niewidzianego znajomego (w tej roli John R. Dilworth – autor „Chojraka, tchórzliwego psa” i gości jednej z tegorocznych mistrzowskich retrospektyw na Animatorze). To zdarzenie stało się pretekstem do zaprezentowania przez Landretha telewizyjnego teleturnieju rozgrywającego się w podświadomości jego postaci. Gra jest prosta – kolejne postaci mają podawać Charlesowi wskazówki, mające nasunąć mu na myśl właściwe imię znajomego. Super ego rywalizuje z id, a pytania zadają znane osobistości ze świata sztuki i showbiznesu. Irracjonalna formuła animacji umożliwiła Landrethowi puszczenie wodzy fantazji i zaopatrzenie opowiadanej historii w mnóstwo przezbawanych szczegółów i dialogów, które umykały widzom pod ciężarem podjętego tematu w „Ryanie”.

Animowane zmagania serca z rozumem znakomicie połączyła projekcja poświęcona pamięci Franciszki i Stafana Themersonów. Jeden z kilku zachowanych filmów małżeństwa – „Oko i ucho” – to prekursorski na ziemiach polskich film czysty, czyli pozbawiona anegdoty animacja abstrakcyjna. Bardziej niż dziełem sztuki miała być popularnonaukowym eksperymentem, próbą stworzenia wizualnego ekwiwalentu dla muzyki – muzyką dla oczu. Te naukowe pobudki zostają jednak odsunięte na bok w momencie recepcji, która odbywać się może jedynie na poziomie czystego uczucia, gdyż obraz nie posiada strawy dla rozumu, czyli logicznej fabuły.

Najważniejszym wydarzeniem pokazu była projekcja dwóch filmów – „Apteki” i „Drobiazgu melodyjnego” – będących rekonstrukcją dokonaną na podstawie opisów i fotosów oryginalnych filmów Themersonów dokonaną przez Bruce’a Checefsky’ego. Jego praca daje nam choć mgliste pojęcie, jak te filmy mogły wyglądać w pierwotnej wersji, a wydaje się, że gdyby się zachowały, byłyby dla polskiego kina jeszcze bardziej znaczące niż sławne „Oko i ucho”. Wypełnia je abstrakcyjna gra świateł opalizujących na szklanych menzurkach, lejkach i słoikach w „Aptece” i nakrętkach, łańcuszkach i biżuterii w „Drobiazgu melodyjnym”.

Formalne eksperymenty małżeństwa przypominają nieco próby wykorzystania światła w sztukach plastycznych przez Laszlo Moholy-Nagy’a. Podobnie jak on wykorzystują różne przedmioty jako modulatory modyfikujące rozprzestrzenianie się wiązki świetlnej. Jednak, inaczej niż Węgier, korzystają przy tym ze zwykłych, codziennych przedmiotów, a nie specjalnie skonstruowanych obiektów. Potencjał piękna zawarty w ich rewolucyjnych pomysłach odkrywali przez kolejne lata inni polscy twórcy, których prace domknęły dzisiejszy pokaz. Abstrakcje Andrzeja Pawłowskiego, Mieczysława Waśkowskiego, Kazimierza Urbańskiego, Józefa Robakowskiego i Andrzeja Gosienieckiego kontynuują wątki zawarte w nielicznych pracach małżeństwa Themersonów. Najczęściej wykorzystywane przez nich materiały – woda, tusz i stół trickowy – inspirowały kolejne pokolenia twórców do tworzenia przepięknych wizualnie animowanych abstrakcji, przypominających malarstwo amerykańskiego action-paintingu czy obrazy Tadeusza Brzozowskiego.

Sercami i rozumami widowni drugiego dnia Animatora zawładnęli głównie polscy twórcy oferujący wyprawę w głąb banalnej codzienności i irrealnych przestrzeni mieszczących się na abstrakcyjnych płaszczyznach animowanych obrazów. Tylko dzięki animacji tak łatwo połączyć i zaspokoić odmienne pragnienia serca i rozumu.

Autor tekstu: Michał Piepiórka.

oceń
0
0
Podziel się


Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!