szukaj:
z ostatnich:
Bachory-potwory i ich koszmarne rodzinki
Bachory-potwory i ich koszmarne rodzinki

Młodzi atakują
Źródło: Fundacja SPLOT
dodane 2010-07-07 (12:14) 7 lat 3 miesiące 13 dni 20 godzin i 23 minuty temu
  A A A
 

Takiego debiutu literackiego dawno nie było. 27-letni student IV roku reżyserii teatralnej w Krakowie wrzucił na polską scenę – zdaniem wybitnego aktora Jana Peszka – „odbezpieczony granat”. Potworne dzieci, potworni rodzice i dziadkowie dadzą wam popalić w „Białym Dmuchawcu”.

Bohaterowie pięciu sztuk teatralnych (wyd. Fundacja SPLOT) to dzieci naszej epoki, błądzące w świecie realnym, jak i nierzeczywistym. Karmieni papką telewizyjną wciąż kogoś udają, „gadają i gadają, o końcu świata który nastąpi gdy Murzyn zostanie wybrany na Boga, na Bozię, który wszystkich skara” (pisownia oryginalna). Kaleczą siebie nawzajem i język, przetrawiony, wypluty przez media, gry komputerowe, filmy DVD. Chwilami boleśnie nieprawdziwi i pretensjonalni w swoich pozach, są jednocześnie dziwnie znajomi, jak obleśny sąsiad, rodak, na którego już nie możemy patrzeć.

Pakuła puszcza wodze wyobraźni, zaskakując wielobarwnym, często brutalnym językiem. „To prawdziwy bohater dramatów” – podkreśla poeta Tomasz Różycki i trudno się z tym nie zgodzić. Mamy do czynienia z oryginalną, wybuchowa mieszanką bełkotu ulicy, pretendującego do wyższych sfer, cytatów z literatury (chyba nie zawsze usprawiedliwionych, ale wpisujących się z pewnością w całość kompozycji) i różnych „wygibasów” autorskich. I to się sprawdza, np. w tytułowym „Białym Dmuchawcu”, gdzie „turbo laski” w solarium prezentują szeroki zakres „kobiecych problemów” (świetna parodia!), a zagubieni bohaterowie zamieniają się rolami jak w grze komputerowej. Nad tym wszystkim – dosłownie – panuje prześmiewczy, ale i zatroskany autor-demiurg.

W „Księciu Niezłomie” zakompleksieni rodzice bohaterów oglądają balet o Janie Pawle II i wyżywają się w piwnicy na Żydach, brat torturuje brata wieszając na łańcuchu. W „Białym Dmuchawcu”, „Mikim Misterze DJ-u”, „Donkiszocie” dotykamy problemu pedofilii – praktykujący ją czuje się ofiarą społecznego ucisku i apeluje przed kamerą do sumień obywateli. Czyli perwersja medialna i hipokryzja w czystej postaci. W „Donkiszocie” tytułowy bohater i jego wierny giermek Sancho mówią jak dresiarze, a babcia bez skrupułów oferuje powaby swojej wnuczki Dulcynei. „Wszyscy mają takie same twarze, w tym głupim obrzydliwym świecie jest tylko jedna twarz do wyboru”. Autor stawia przed nami lustro i każe nam się w nim przeglądać. Obraz jest dość koszmarny, bez względu na to, czy lustro postawimy na ulicy, w szkole czy w muzeum made in Poland, gdzie dokazują koszmarni rodzice i dziadkowie, mówiący językiem tandetnych seriali. Ich tożsamość jest umowna, płynna i brudna jak Wisła, wszyscy są sobowtórami, zjawami z ekranu, wygłaszającymi wzniośle swoje „ple, ple”.

„Masłowska w spodniach” – jak sam o sobie mówi z ironią Pakuła – wymiata z piwnicy nasze polskie upiory-„babodziady”, zamienione w tandetne, popkulturowe kalki, plastikowe zabawki. Wyśmiewa też nasze przyzwyczajenia i skłonność do naśladowania innych. Dostaje się też krytykom. „Donkiszot” to teatralna „Zagubiona autostrada” – czytamy komentarz autora. „Ci, którzy kupili ten towar, kupili też „Harry Potter i Insygnia Śmierci”. Wszyscy zamieszkaliśmy w hurtowni towarów, sami staliśmy się towarami. Można się tylko śmiać przez łzy?

Młodzi autorzy – nadrabianie zaległości

W natłoku redaktorskich prac udało mi się w końcu nadrobić zaległości w lekturach kilku młodych autorów. Miło zaskoczyła mnie „Toksymia” Małgorzaty Rejmer (wyd. Lampa i Iskra Boża), szeroko komentowana i chwalona od kilku miesięcy. Rzeczywiście jest to kawał dobrej, mięsistej literatury, świetnie mierzącej się z warszawskimi, „swojskimi” klimatami, językiem ulicy i naszą mocno nadgniłą „stabilizacją”, doprawioną tradycyjnym katolicyzmem i stereotypami. Mali, zamknięci w sobie ludzie, małe, codzienne sprawy Polaków, ale autorka potrafi się przyjrzeć każdemu szczegółowi, a język aż się skrzy od inwencji i fraz, które żyją własnym życiem. Wystarczy przeczytać początkowy fragment o podróży tramwajem przy rondzie Wiatraczna. Kto tego doświadcza na co dzień, „poczuje” książkę od razu.

Kompletnie rozczarował mnie „Janusz Hrystus” (wyd. Krytyka Polityczna), nowa minipowieść Jasia Kapeli, znanego, wielokrotnego zwycięzcy slamów poetyckich. Książka poza chwytliwym marketingowo tytułem i zachętą 26-letniego autora, któremu najwyraźniej brak dystansu do samego siebie, palącej kwestii masturbacji i skłonności do egocentryzmu godnego nastolatka, przypomina raczej „książeczkę” skarg i zażaleń. Tania prowokacja. Ale żeby nie być gołosłownym, cytaty: „Starannie przemyślane strategie upadają w obliczu zderzenia z miazmatem rzeczywistości”. A miłość zawsze kończy się „nieopisanym smutkiem, leżeniem na podłodze i dławieniem się łzami”. Myślę, że wystarczy tych soczystych cytatów…

I jeszcze propozycje przedstawiciela nieco starszego pokolenia, Tomasz Białkowskigo (ur. 1969), redaktora niedawno zamkniętego, ale zasłużonego pisma „Portret”, autora kilku powieści. Kolejna lekcja, którą udało mi się wreszcie odrobić. Z pewnością jest to pisarz, którego książki zasługują na większy rozgłos z prostego powodu – jak rentgen prześwietlają naszą rzeczywistość, kompleksy i fobie. I nie w tym żadnej pozy, ani pseudoartystycznej ściemy. W „Zmarzlinie” czy „Pogrzebach” autor szczerze i bezwzględnie rozprawia się z rodzinną hipokryzją, zamiataniem pod dywan bolesnych tematów jak np. wieczny cień PRL-u, ale także jakże polską martyrologią i kultem cierpienia. Wszystko to napisane bez nadęcia, rozpisane na dialogi, które nie szeleszczą papierem i bohaterów, którzy wciągają nas, mimo swojego rozgoryczenia i zagmatwania. Warto się zmierzyć z Polską jako prowincją, w końcu nic innego poza prowincją tu nie znajdziemy.

Adam Przegaliński, Wirtualna Polska

oceń
0
0
Podziel się


Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!