Yerka - The Theory of Strings (2008)" |
Mamy mały rynek sztuki, właściwie ryneczek, a ceny obrazów w Polsce są zaniżone - mówi artysta Jacek Yerka. Jego obrazy, utrzymane w stylu realizmu magicznego, są chętnie nabywane przez kolekcjonerów współczesnego malarstwa.
PAP: - Pana obraz "Cztery pory roku" został sprzedany w 2010 roku za 69 tys. zł. To dużo?
Jacek Yerka: - Ceny współczesnych obrazów w Polsce są zaniżone - mówię o dobrych obrazach uznanych
malarzy. Dlatego uważam, że moje obrazy są wciąż zbyt nisko wyceniane. Jasne, każdy artysta ma
wybujałe ego, sam nie jestem inny, ale przecież w swoje prace wkładam całą swoją wyobraźnię, cały
swój czas, całe swoje życie, słowo urlop jest mi nieznane. Realizacja "Czterech pór roku" to ponad
trzy miesiące intensywnej pracy.
- "Cztery pory roku" to pana cenowy rekord. Dlaczego właśnie ten obraz sprzedał się najdrożej?
Jacek Yerka: - To nie rekord, zrobiłem kilka tryptyków, które były droższe. Ale to obraz z tych
bardziej oczywistych, atrakcyjnych na pierwszy rzut oka. Nie myślałem, że go drogo sprzedam, ale
kupujący widział i zaakceptował go już we wstępnym szkicu. Potem, po śmierci pierwszego
właściciela-kolekcjonera, obraz ponownie został sprzedany.
PAP: - Da się wyżyć ze sztuki?
Jacek Yerka: - Mnie się czasem udaje, choć obecnie jestem raczej pesymistą. Mieszkam w Warszawie, a
ta część Europy to peryferie sztuki. Mamy tu mały rynek sztuki, właściwie ryneczek, a moja galeria
zna wszystkich kolekcjonerów, którzy mogliby w Polsce coś ode mnie kupić.
PAP: - Rynek mały, ale pan już się na nim przebił. A historia sztuki zna przecież artystów, których
odkryto dopiero po śmierci.
Jacek Yerka: - Niech mi pan tego nie życzy.
PAP: - Pana to chyba już nie dotyczy.
Jacek Yerka: - Docenienie dotyczy... Uważam, że sporo nowego wnoszę i jestem doceniany jedynie
przez wąskie grono ludzi, którzy potrafią myśleć niezależnie. Ktoś, myślący mainstreamem i
opierający się na opiniach mainstreamowych krytyków sztuki, powie: "nie warto w Yerkę inwestować".
To właśnie minus uprawiania wszelakiej sztuki w Polsce. W literaturze nadużywa się formalnych
eksperymentów. Nie ceni się za treść, tylko za zabawę słowem. Modni pisarze lansowani m.in. w
"Gazecie Wyborczej" i "TVN", są nagradzani, a że się tego nie da czytać, to bez znaczenia. Z
malarstwem jest podobnie. Pełno dookoła formalnych eksperymentów, a nikt nie przekazuje ważnych
treści.
PAP: - Źle panu z tym?
Jacek Yerka.: - Jestem na uboczu, poza systemem. Gdy próbuję wziąć kredyt, to mam kłopot, bo
nigdzie mnie nie ma. Poza tym jest dobrze. Podatki też płacę.
PAP: - Od czego zależy, czy obraz zostaje u pana czy idzie w świat?
Jacek Yerka: - Za długo trwa malowanie, żebym mógł potem wieszać obraz na ścianach u siebie w
mieszkaniu. Gdy kilka miesięcy nad czymś pracuję, to muszę potem obraz sprzedać, żeby z czegoś żyć.
Choć oczywiście, z wieloma żal się rozstawać.
PAP: - Stosowana przez pana technika jest żmudna i wymaga nie lada precyzji. Czy nauczył się pan
jej na studiach? Przypomnijmy: zaczynał pan od grafiki.
Jacek Yerka: - Faktycznie, na studiach robiłem dyplom z miedziorytów w charakterze i precyzji
duererowskich, a malowałem niejako obok, pokątnie, po zajęciach. A później, to już tylko geny i
ciężka praca. Chciałem przekazać tysiące wpływów, wspomnień, snów. Nachylałem się na drobiazgiem i
starałem się to potem ubrać w ciekawą formę. Nie interesuje mnie techniczna bylejakość, która ma
pokazywać luz artysty i jego swobodę, a w rzeczywistości jest to bylejakość i nic więcej. Na taką
uproszczoną formę jest teraz moda, ale sam idę swoją drogą.
PAP: - Do jakich ludzi pana twórczość trafia najmocniej?
Jacek Yerka: - To często osoby nietuzinkowe, dominujące a jednocześnie wrażliwe. Jeśli ich na to
stać, chcą mieć Yerkę na ścianie. Jeśli nie są zamożni, zamawiają giclee (limitowane odbitki
sygnowane nazwiskiem autora - PAP). O obraz najpierw zabiegają, a potem zlecenie pielęgnują,
próbują coś ze mną nawet ustalać. Są kolekcjonerzy, którzy mają kilka, kilkanaście moich obrazów,
bo im się coś kojarzy, gdy na nie patrzą, coś otwiera się w głowie. Po to są te obrazy, żeby
otwierały się w głowie różne rzeczy.
PAP: - Również w kręgach miłośników fantastyki
Jacek Yerka: - Tak, miałem swoje galerie w "Fantastyce", ale wszyscy wiedzą, że tematami moich prac
nie są blondynki wiszące na smokach czy rycerze z mieczami świetlnymi. Zajmuje mnie fantasy z
naszych podwórek, taka fantasy codzienności.
PAP: - Podkreśla pan, że tematów szuka pan ciągle w świecie swego dzieciństwa.
Jacek Yerka: - Tak, bo z niego wychodzi poezja. Często bliscy radzą mi: "popraw ten fragment, zrób
inaczej", a ja wiem swoje. Pewne skojarzenia nigdy się nie powtórzą i trzeba to wykorzystać,
zapisać.
PAP: - Jak wspomina pan dzieciństwo?
Jacek Yerka: - Byłem chyba dzieckiem lekko autystycznym. Wszystko bardzo mocno na mnie
oddziaływało, otoczenie mnie przeważnie przerażało. Intensywnie odbierałem innych ludzi, zamykałem
się w sobie i wyładowywałem w rysowaniu i malowaniu. Mieszkaliśmy z rodzicami - plastykami w
Toruniu koło parku przy ul. Klonowica. Niedaleko mieszkała również moja babunia, której mieszkanie
kilka razy przetworzyłem na płótnie. To była dobra, jasna postać mojego dzieciństwa.
PAP: - Gdy pracuje pan nad obrazem, to wiadomo, kto ten obraz kupi?
Jacek Yerka.: - Nie, nowe projekty widać na mojej stronie internetowej i czasami zgłasza się
kupiec. Najczęściej, gdy obraz jest już gotowy. Zazwyczaj ludziom trudno sobie wyobrazić, jak to
będzie wyglądać. Wolą widzieć efekt końcowy.
PAP:- Z którym polskim malarzem czuje pan duchową więź?
Jacek Yerka: - Na pewno z Jackiem Malczewskim, braćmi Gierymskimi, a bardziej współcześnie ze
Zdzisławem Beksińskim. Byłem początkującym malarzem, studentem, gdy obejrzałem pierwszy raz jego
obrazy na wystawie. To, co wtedy zobaczyłem, zdecydowało, że postanowiłem iść swoją drogą -
przekazywać różne treści, a nie traktować obrazu tylko jako płaszczyzny zamalowanej farbami. Ktoś
coś nabazgrze - artysta bada przestrzeń - słyszymy. Nic to nie oznacza, a ja chciałbym, żeby coś
znaczyło.
Jacek Yerka (dawniej Jacek Jerka, jeszcze dawniej Jacek R. Kowalski) - artysta malarz, autor ok.
400 obrazów, wielu rysunków i plakatów. Jego prace utrzymane są w stylu realizmu magicznego.
Ukończył Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tworzy surrealistyczne
kompozycje i baśniowe pejzaże.
Najważniejsze wystawy indywidualne: Duesseldorf 1983 r., Beverly Hills 1998 r. Prace w wielu
prywatnych kolekcjach w kraju i na świecie. W latach 80-tych liczne nagrody i wyróżnienia w
konkursach i Biennale plakatu w Barcelonie, Lahti, Mediolanie, Warszawie, Londynie, Bagdadzie. W
1995 roku został laureatem nagrody "World Fantasy Award". Ma 59 lat. Mieszka w Warszawie.
Rozmawiał Tomasz Barański (PAP Life)
Rynek sztuki w Polsce? Ha, ha, kon by sie usmial. W tym pan Jacek ma racje. Ale jak mu smutno w W-wie to niech sie przeniesie albo na hale w Beskidach albo do Nowego Jorku. Ale tam nikt go nie zna i nikt go nie potrzebuje. Smutna prawda zyciowa. Zycze milego dnia i cieplych bamboszy bo zima trzyma ostro. Baca
obraz tyle jest warty ile chce za niego zapłacić klient który chce go kupić. a p. Jerka na bardzo wybujałe ego, kto dał mu prawo do odkreślania siebie artystą??? pewnie taki sam kolega "po pedzlu". cała ta "sztuka" to banda oszołomów którzy się sztucznie napędzają. przychodzi gość z kasą kupuje obrazek a za chwile reszta snowbów leci i wieści że to genialny artysta.
Jak dla mnie bohomaz, może lubię bardziej renesansowe historie.. . Wiem jedno, 69 tys, ? Jak mu mało to niech się weźmie za prawdziwą robotę i zobaczy sztuczkę :)
tez bym chcial za 3 miesiace dostawac 69tys. Biedaczek ...
Jakoś przypadkiem trafiłam na obrazy Yerki i bardzo mi się spodobały, zwłaszcza te z kotami;-) Kocham koty i baśniowe pejzaże. Szkoda, że mnie na niego nie stać, ale co tam, zawsze można skopiować...
zawsze im mało nieroby za takie coś tyle pieniędzy poprzewracało się w bani

Jeszcze zanim nastały czasy saskie, w których sztukę picia doprowadzono do doskonałości, wiele było uczt, które kończyły się tragicznie

Nowa płyta "Siesta Festival 2012"
