szukaj:
z ostatnich:

Dyskretny urok dziewczyńskości

dodane 2011-03-21 (14:10) 6 lat 6 miesięcy 1 dzień 8 godzin i 26 minut temu
  A A A
 
Fot. Jacek Poremba


Dyskretny urok dziewczyńskości


Na afiszu czytam: Głos Ducha Teatru – Andrzej Poniedzielski. No i już mamy metafizykę. Przyznam jednak, że z duchem rozmawiam po raz pierwszy w życiu. Bardzo to zadziwiające…

Andrzej Poniedzielski: Też jestem zdziwiony. Taką wymyśliliśmy postać dla mnie. Teksty pani Stefanii były pisane głównie do radia i przeniesienie ich do teatru jest trudne, do radia inaczej się pisze, inaczej uruchamia wyobraźnię. Od początku postanowiliśmy jednak, że nie będziemy brutalnie ingerować, że żadnych scen batalistycznych nie wymyślimy. To raczej rodzaj opowiadania pewnej anegdoty niż spektakl dramatyczny, chociaż elementy dramatu tam są.

I to jakiego! Będzie wszak mowa o uczuciach, zdradach, podejrzeniach, zwątpieniach.

- Dramatyczny dramat pani z tego wychodzi… No właśnie, stąd ten duch, który jest trochę komentatorem, pilnuje porządku, stoi na straży, żeby było nie tylko dramatycznie.

Pan znał Stefanię Grodzieńską, często odwiedzała Łódź, a w niej pańską Przechowalnię.

- Była naszym ulubionym gościem. Z tym wiąże się pewna anegdota. Po pierwszej u nas wizycie Artur Andrus odwoził ją po spektaklu do Warszawy i ona mówi: „Miło było tam u was, w tej Przechowalni, wy jesteście dwaj artyści inni niż ci obecni. Macie inne poczucie humoru. Nie wiem, kto z waszego pokolenia by wam odpowiadał poczuciem humoru”. Tu pani Stefania się na chwilę zamyśliła, by po zastanowieniu dodać: „Może Szymborska?”

No pięknie!

- Prawda?
Ona wnosiła pewną estetykę rodem ze swojego świata. Umiała go bronić, ale bez wytaczania dział. Była wielką osobą. I rzeczywiście wraz z nią ten inny, ten jej świat się pojawiał. Poza tym miała dyskretny urok – jej twórczość i jej osoba, takiej dziewczyńskości. Była wieczną dziewczynką.

Panie Andrzeju, a co się dzieje z naszym poczuciem humoru? Może by się pan pokusił o diagnozę?

- O, tego nie sposób powiedzieć tak, by się ktoś nie obraził. Mam wyjście dyplomatyczne: trzeba się do tego przyzwyczaić. Demokracja jest również w humorze, każdy ma swoje zdanie i każdy je może powiedzieć.
I ten rodzaj podziału, rozdźwięk będzie się pogłębiać w społeczeństwie i trzeba uznać po prostu, że na niektóre poczucia humoru niektórzy ludzie nie mają czasu. I to z braku czasu niektóry rodzaj poczucia humoru komuś nie odpowiada, bo niektóre rodzaje poczucia humoru – powtarzam - wymagają więcej czasu.

Zgrabnie się pan wywinął. A jak się panu pracowało z panią Barszczewską i panem Damięckim?

- Pięknie. Z tym samym uwielbieniem dla Stefanii, jej osoby i tego, co napisała. Staraliśmy się tak wszystko przygotować, żeby nam Stefania nie pogroziła palcem z jakiejś chmurki. Oni mnie tam dobrali do spektaklu, jako takiego konsultanta. Ale jakim ja tam znowu konsultantem jestem, jakim znawcą? Oczywiście, chłonąłem Stefanię i jej sposób bycia. I jak zauważyłem u Grażyny Barszczewskiej i Grzegorza Damięckiego to samo, taki sam rodzaj uwielbienia to się na to zgodziłem. I sobie pracowaliśmy we trójkę. Nie można mówić, że ktoś z nas jest reżyserem, to jest suma naszych pomysłów, sposobów czytania Stefanii i tamtego czasu. Mam nadzieję, że tak nam wyszło, że ów czas przestaje być ważny i że wyszedł nam spektakl o głupocie.

A ja myślałam, że o relacjach damsko-męskich…

- Nie odwołuję tego pani myślenia. Ale głupotę Stefania szczególnie ulubiła jako taki ciekawy, choć dziwny sposób, aktywności inteligencji, wrażliwości człowieka. I o tej głupocie ona bardzo dyskretnie i niepotępiająco pisała. Jakbym miał podać podtytuł naszego spektaklu, to zacytowałbym innego twórcę, też klasyka i brzmiałby on: „W poszukiwaniu zmarnowanego czasu”. Zmarnowanego na głupotę właśnie. Rzecz dotyczy małżeństwa, co jest równie zamierzone co przypadkowe. Cóż to innego niż mikrospołeczeństwo, w którym są i uczucia, i interesy i wzajemne niechęci. Ale tutaj mam dobrą wiadomość – wszystko się dobrze kończy. A głupoty nie trzeba się bać – człowiek jej doświadczał, doświadcza i doświadczać będzie. I tylko człowiek może tę głupotę bardziej mieć albo bardziej ją widzieć. Wiele czasu marnujemy na tę głupotę i to właściwie jej jedyna przykra cecha. Jest naszą częścią. Lubić ją.

I niech moja głupota mówi o mnie.

Nie każdego stać na takie deklaracje.

Przyznam się, że przysłuchując się publicznym występom pani Stefanii zawsze miałam tremę, bałam się, czy jej poczucie humoru zostanie zrozumiane, czy będzie dobrze odebrane.

- Też miałem podobnie. Kiedy Stefania gościła u nas w Przechowalni również czułem pewien rodzaj obawy – bałem się o nią, za nią. Ona wnosiła na scenę pewien świat, a ludzie nie lubią obcych światów. A jej świat był na tyle obcy w porównaniu z tym, który mamy, bałem się, czy ją przyjmą i czy ona będzie się dobrze z tym przyjęciem czuła. Pracując nad spektaklem troszkę wykonaliśmy różnych działań, by tłumaczyć. Parę rzeczy pozamienialiśmy, trochę gadżetów – na bardziej współczesne.

Jak chociażby wprowadziliście laptop, który się pojawia się w spektaklu.

- Na przykład laptop, z którym Stefania się nie znała. Wiedzieli o sobie, ale nikt ich sobie nie przedstawił.

Chociaż kiedy pisałam przy niej na komputerze to przyglądała się mu z zaciekawieniem

- I zadziwieniem?

Pomieszanym z dystansem.

- Bo rozumiała, że to gadżet z innej epoki i nie ma co się na niego obrażać.

Panie Andrzeju, a kto powinien przyjść na wasz spektakl?

- Nazwałem kiedyś Stefanię księżną, księżniczką sztuki dyskretnego sugerowania uśmiechu. Więc, jeśli ktoś ma ochotę, by mu Stefania zasugerowała uśmiech, niech przyjdzie. Ona wyrosła z tradycji kabaretu, do którego przychodziło się, żeby pobyć ze sobą wzajemnie. Mniej zobowiązująco niż w teatrze. W kabarecie spotykali się ludzie, żeby ze sobą poprzebywać, pośmiać, ale i również gorzko pomyśleć. To powinno być tak zrobione, że kto ma się uśmiechnąć, ten się uśmiechnie. Ważne jest, żeby pobyć w pewnej aurze. Podreperować dystans, do świata, do rzeczywistości, do innych. A ten dystans się bardzo przydaje, trzeba o niego dbać, to taka nasza strefa demarkacyjna.

Z ANDRZEJEM PONIEDZIELSKIM ROZMAWIAŁA BEATA KĘCZKOWSKA

oceń
1
0
Podziel się

Wiadomości powiązane

Poniedzielski Andrzej
Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej
Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej
Gdyby nie Walentynki, być może ludzkość przestałaby się rozmnażać
Damięcki Grzegorz


Opinie

Ocena: 0 [0]
~monty [2011-02-23 14:57]

mądre .jak zawsze..
W kabarecie spotykali się ludzie, żeby ze sobą poprzebywać, pośmiać, ale i również gorzko pomyśleć.

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~m [2011-02-20 23:30]

nie wyszukane danie
Żaden czas nie jest stracony, nawet ten nieefektowny, prozaiczny. Nigdy nie wiadomo co z tego czasu kiedyś wyniknie, może dorosnę, może zmądrzeję...tak myślę pewnie tracąc czas.

odpowiedz