Marta Janik: Co Pani czuje, gdy stoi na scenie?
Izabela Kopeć: Scena jest dla mnie świętością i nie ma znaczenia, czy jest to scena operowa, czy jakiś mały kameralny koncert. Wychodzę, śpiewam i już jestem w muzyce. Wchodzę w muzykę całą sobą, ona mnie pochłania bez reszty. Śpiewając wchodzę w inny świat, czuję smak życia we wszystkich wymiarach, od metafizyki po naturę.
MJ: Wiem, że lubi Pani eksperymentować. Czy są jednak jakieś granice, których Pani nigdy nie przekroczy?
IK: Muzykę czerpię ze swojego wnętrza, własnych poszukiwań i doświadczeń. Nigdy nie kierowałam się obowiązującymi nurtami, lecz własnym gustem muzycznym, pomijając mody i trendy. Słucham siebie i to, co właśnie „zagra mi w duszy”, przelewam na papier, w nuty, tworząc linię wokalną. Nie poddaję się temu wszystkiemu, co się wokół dzieje, bo człowiek podlega różnym naciskom, a najważniejsze to być wiernym sobie. Przeszłam ten najtrudniejszy okres poszukiwania swej drogi i pozostałam wierną sobie do teraz. To nie jest łatwe. Tu nie ma miejsca na kompromisy. Mocny kręgosłup daje człowiekowi podstawę, bazę, fundament zbudowany nie na piasku, ale na doświadczeniach, sile i na pracy. Dopiero na bazie takiego fundamentu można tworzyć. Po ukończeniu Akademii Muzycznej we Wrocławiu wzięłam karierę w swoje ręce. Postanowiłam pójść swoją drogą. Inspiruje mnie natura, sztuka, piękno, które w ludziach też można dostrzec.
MJ: Mówi Pani o sercu, o słuchaczach, którzy w odbiorze muzyki kierują się sercem. Czy dzisiaj łatwo jest zadowolić słuchaczy? Czy artyści mniej się starają, by trafić w gust większości?
IK: Ja nie zastanawiam się nad gustami słuchaczy, bo uważam, że każdy ma do wyśpiewania siebie. Nie ma czegoś takiego jak rywalizacja między artystami, przynajmniej ja tego nie czuję i nigdy nie zazdrościłam żadnemu artyście. Każdy znajdzie dla siebie miejsce i swego słuchacza. Nigdy nie poddawałam się naciskom, by schlebiać gustom, raczej pokazuję swoją prawdę, to, co mi w duszy gra i albo natrafiam na odpowiednią wrażliwość ludzką albo nie. Ja chcę trafić do słuchaczy o bardziej wysublimowanej wrażliwości. Przy tym mówię o wrażliwości a niekoniecznie o edukacji, bo one nie idą w parze. Często ludzie, którzy nie mają pojęcia o operze, muzyce klasycznej, tak zwanej wyższej kulturze muzycznej, dopiero po koncercie dostrzegają, że to coś ciekawego, że to coś ich dotknęło, doznali wzruszenia i przeszły ich dreszcze emocji. Ja bym nie dyskwalifikowała nikogo. Publiczność sama sobie wybiera to, co jej się podoba. Nigdy jej nie schlebiałam. Publiczność jest na tyle mądra i na tyle wrażliwa, że sobie wybierze coś, co jej odpowiada. Nie każdy musi mnie kochać. Natomiast ja kocham swoją publiczność i swoich słuchaczy i zawsze daję 100 procent z siebie na scenie, tyle ile w danym momencie mogę dać. Głos jest jedynym instrumentem posiadającym świadomość. Jest podatny na wszystko to, co się w człowieku dzieje. Jest wbudowany w organizm, jest częścią człowieka, którą on cały czas nosi w sobie.
MJ: Na płycie słychać głos operowy w klasycznym wydaniu, ale też w rockowych aranżacjach. Dla niektórych są one nie do strawienia, inni za to nie lubią klasyki. Z jednej więc strony nagrywając takie płyty powiększa Pani tzw. target, lecz z drugiej, traci Pani pewnych bardziej wymagających słuchaczy. Jak to jest? Na których słuchaczach bardziej Pani zależy?
IK: Nagrałam płytę wielowymiarową. Zawarłam i aspekt rockowy i liryczny, bardziej operowy. Znajduje się nie niej na przykład utwór „I’m singing for you”, w którym bardziej słychać mój głos niż cały podkład. Każdy znajdzie coś dla siebie i ten, który lubi mocniejsze uderzenie i ten, który z operą nie miał nigdy nic wspólnego. Przybliżam operę właśnie poprzez łatwiejszy odbiór i popowy wydźwięk. Jest też utwór „Heavenly”, w którym śpiewam „białym głosem”, tzw. popowym, używanym w muzyce popularnej. Tych wymiarów jest bardzo wiele, dlatego płyta nazywa się „Five”, cztery żywioły łączę piątym, czyli moim głosem. Te moje emocje się mieszają. Dzięki Bogu mogę głosem pokazać różne emocje, ale też różne barwy. Jak pracowałam nad płytą, szukałam odpowiedniej barwy do danego utworu, żeby coś było cieplej zaśpiewane, czy bardziej medytacyjnie. Trzeba było szukać niuansów. To trudne znaleźć do danej muzyki odpowiednie brzmienie głosu. W takich momentach włączam swoją wrażliwość muzyczną, intuicję i doświadczenie, które przez dziesiątki lat zebrałam, słucham też przyjaciół i ludzi kompetentnych, którzy mają coś do powiedzenia na temat muzyki.
MJ: A propos, jak ludzie profesjonalnie zajmujący się muzyką przyjmują Pani twórczość?
IK: Nie wiem, ale na jednym z ostatnich koncertów miałam wspaniałego gościa. Pani Grażyna Brodzińska weszła na scenę i mi pogratulowała. Jak pan Bocelli był w Polsce, to Telewizja Polska zrobiła ze mną wywiad, bo skojarzono moją muzykę z muzyką Bocellego, którego bardzo cenię. Oczywiście, że ludzie mogą mieć różne zdania, ale to dotyczy każdej muzyki. To, że ja głos operowy, który wykształciłam, wykorzystuję w różny sposób, to niczemu nie przeszkadza. To moja własna droga muzycznych poszukiwań artystycznych. Może się to niektórym osobom nie podobać, ale każdy ma prawo do swej opinii. Ja dostaję wiele ciepłych opinii na temat swojej twórczości, co daje mi siłę i wiarę, że to, co robię, jest słuszne.
MJ: A jakby ktoś nazwał Pani płytę tandetną, obraziłaby się Pani?
IK: Nie obraziłabym się. Raczej by mnie to zdziwiło i uważałabym, że ten ktoś po prostu ma inną wrażliwość muzyczną, albo może nie ma jej wcale. Ja mam swoją wrażliwość i rozwijałam ją od dziecka. Przeszłam wszystkie możliwe stopnie wykształcenia muzycznego i znam swoją wartość. Mnie także niektórzy wykonawcy nie odpowiadają, ale o nikim, kto ma swoich odbiorców nie powiem, że jest tandetny. Każdy ma swoje miejsce na ziemi, ale albo coś jest niezgodne z moją wrażliwością muzyczną, albo mi odpowiada. Przy nagraniu tej płyty pracowałam z wieloma wspaniałymi muzykami, masterował mi ją Andy Jackson, który współpracował z Pink Floyd, przepiękne teksty napisali wspaniali poeci. Cała płyta jest od początku do końca bardzo przemyślana. A poza tym cały ładunek emocjonalny, cała moja pasja i miłość, którą pomiędzy nutami zostawiłam, to jest wartość nieoceniona.
MJ: Miłość, wrażliwość, serce, żywioły, wolność – wypowiadając te słowa i mówiąc o nich łatwo popaść w kicz. Czy nie boi się Pani, że uznana zostanie za zbyt wrażliwą i czy w ogóle artysta może być zbyt wrażliwy?