Czy stoimy u bram rewolucji, a może tęsknimy podświadomie za metafizyką
czy nutką grozy, za poczuciem dreszczyku człowieczeństwa? Na każdym
kroku spotykamy się z hasłami w podobnym klimacie: wizja szczęścia za
cenę nudy mechanicznego bezdusznego życia (T. Kozak odwołujący się do
Witkacego, Kojeva), zmęczenie rzeczywistością (Krytykant), dążenie
człowieka do autodestrukcji, zanik idei (Zizek, Freud, Lacan)…
Osoby pamiętające rok 68 nierzadko wspominają go jako czas
niezapomnianej wzniosłości, wspólnoty, jedności w walce o idee. Tak,
największe natężenie metafizyki pojawia się przy niedoborze szczęścia,
przy inspirującej grozie i stymulującym okrucieństwie. Ci, którzy
pamiętają 68 rok mówią, że wtedy inny był duch, inni ludzie, że teraz
tego już nie ma, teraz to byłoby niemożliwe.
Rzeczywiście, tak sytuacja wygląda, jednak determinujące zdają się być
czynniki zewnętrzne, które ową jedność i podniecenie podsycają. Gdyby
pojawił się stymulujący bodziec, utęskniony wróg, mielibyśmy powód i
argument do działania, wspólna idea zdominowałaby indywidualne
wygodnictwo, pielęgnowaną przestrzeń prywatną. W przeciwnym wypadku
naruszanie zasad prywatności wydaję się bezcelowe, śmieszne, czy
absurdalne. Nie ma sensu i motywacji dla ekspresji, wszystko odbywa się
w ramach ustalonej logiki, grzeczności i bezrefleksyjności. Tak jest
ogólnie w społeczeństwie zachodnim, tak jest w świecie sztuki
współczesnej tworzonej przez stabilne zasady rynku sztuki.