Kliknij na linki w tekście, a zobaczysz nowe - powiększone obrazy
Lovis Corinth – jeden z największych niemieckich malarzy przełomu XIX i XX wieku - urodził się 151 lat temu, 21 lipca 1858 roku. Zmarł na cztery dni przed swymi 67. urodzinami - 17 lipca 1925. Był dla mnie jednym z najprawdziwszych mistrzów impresji i prekursorem wielkiej malarskiej ekspresji w Europie: był też niezwykłym realistą i marzycielem. Tyle wszystkiego w jednym wielkim ciało-duchu. Opowiem dzisiaj o paru jego szczególnych obrazach: o paru też chwilach jego życia.
(...) W 1913 roku Lovis Corinth podróżował intensywnie: wydaje się, że jego życiowa zapaść sprzed roku zechciała usunąć się już całkiem w cień. W marcu Charlotte towarzyszy mu w wyprawie na francuską Riwierę, do Mentone i Beaulieu. W kwietniu spędza parę dni w Düsseldorfie i Mannheim w związku z wystawą jego twórczości, która przywędrowała wtedy z samego Berlina. Cały lipiec i sierpień 1913 Lovis Corinth spędza z rodziną w austriackim Tyrolu. Tam powstają między innymi dwa wielkie obrazy: autoportret artysty w tyrolskim kapeluszu - znany bardziej jako EGO - oraz cudowny widok na Alpy z tarasu górskiej chaty w Klobestein.
Widok Alp z tarasu tkwi w moim świecie gdzieś bardzo głęboko: gdzieś leży kraina zwana Tyrolem i nikt do dzisiaj nie wie, dlaczego jest wciąż taka piękna - po prawie stu latach od namalowania przez Lovisa Corintha tamtego pejzażu.
To opowieść o dzieciach: dużych, mniejszych i całkiem niewielkich. Naszych i nie naszych. O tym, jak trudno jest wszystko pogodzić i nikogo nie skrzywdzić. Jak bardzo to jest niemożliwe. I o tym, jak po latach wszystkie te dzieci z tyrolskiego tarasu dorastają i zaczynają mówić już swoim głosem. Jak bardzo jawi nam się on niekiedy zły, okrutny i niesprawiedliwy. I o tym, ile w nim prawdy, a ile naszego zwykłego ludzkiego poczucia krzywdy. O tym, co przemija i o tym, co w nas pozostaje. O człowieku, który zapatrzył się kiedyś w góry i uwielbiał patrzeć, jak zakochana kobieta człapie bosymi stopami po ich wspólnym morzu.
Swe prawdziwe EGO Lovis Corinth starał się pokazać na bardzo wielu autoportretach, które stworzył w czasie swego życia. Także na obrazach oślepionego Samsona, męczonego Chrystusa, dręczonego Złodzieja. Ale obcując od pewnego czasu z dziełami tego
Dużego Niemca mam nieodparte wrażenie, że jego sposób pojmowania świata, jego artystyczne spojrzenie i jego te najbardziej męsko-ludzkie pragnienia - najwspanialej znajdują swe odzwierciedlenie w portretach kogoś zupełnie innego. W portretach
Kobiety Jego Życia.
Charlotte Berend, Petermannchen, Petermannchenchen: górskiej Pciusi i morskiego Człapaczka.
Proszę zerknąć na
pierwszy portret tej Kobiety, jeszcze tak bardzo oficjalny;
na jej znamienny
portret na plaży;
na jej
portret znad Bałtyku po powrocie z plaży;
na jej
portret, kiedy śpi bezpiecznie w małym hotelu w Tutzing.
Namalował ich jeszcze tyle. Czy to właśnie są te najbardziej trafne obrazy EGO tego artysty?
Któż to może wiedzieć lepiej - poza Nim i Nią ?
7 maja 1925
Lovis Corinth zakończył swój kolejny autoportret, który okazał się jego już ostatnim. Ale potem, w początkach czerwca, powrócił jeszcze raz do tematu dla siebie najwspanialszego: do
kobiecości. Namalował wtedy scenę z noweli
Honore de Balzaka, w której królowa piękności, najbardziej pożądana kobieta tamtejszego świata - rozmawia z mężczyzną, który niemal przemocą wdarł się do jej komnaty wieczorową porą: Piękna Imperia zakończyła już swój pracowity dzień dobroci dla mężczyzn i jest całkiem już gotowa do orzeźwiającej kąpieli. Widząc mężczyznę bardzo głodnego, niemal szalonego z pragnienia - ale nie posiadającego dla niej chwilowo żadnych innych walorów - pyta go grzecznie:
- "What want you, little one?" (
'Czego chcesz, młody?')
- "To yield my soul to you" said he, flashing his eyes upon her. (
'Chcę Ci oddać całą moją duszę', odpowiedział, nie mogąc oderwać od niej oczu.)
- "You can come again to-morrow", said she, in order to be rid of him. (
'Przyjdź może lepiej jutro, albo kiedyś tam' - odrzekła. Potem kazała mu zamknąć oczy i położyła wprawnie swoje smukłe, pachnące konwaliami palce na jego zaciśniętych powiekach. Krzyknął z bólu, kiedy odepchnęła go ze śmiechem i płacząc obiecywał, że jutro wróci z pieniędzmi - że tym razem nie zawiedzie.)
To piękny, rzadki w swoim wołaniu obraz i najlepiej o nim za dużo nie opowiadać: wystarczy go oglądać.
Zapraszam.
(...) Od początku czerwca 1925
Lovis Corinth czynił przygotowania do lata: zamawiał płótna, pędzle i farby, cieszył się na myśl o kolejnym spotkaniu z
Jeziorem. 16 czerwca opuścił Berlin i po krótkim pobycie w Düsseldorfie udał się z Leo Michelsonem do Holandii. Zatrzymali się w Hotelu Europa w Amsterdamie i Corinth był bardzo szczęśliwy w następnych dniach: odwiedzał Starych Wielkich Holenderskich Mistrzów. W Rijksmuseum cieszył się jak dziecko, widząc podobieństwa swojej własnej
"Salome" do tej na płótnie Fabritiusa. Zmarł 17 lipca 1925, za parę dni ukończyłby 67 lat. Nie zawsze przecież jednak dane nam jest doczekać własnego benefisu.
JG, Fundacja Promethidion.eu