Kliknij na linki w tekście, a zobaczysz nowe - powiększone obrazy
Oprócz światła w naszym życiu zawsze i wszędzie przebywa jeszcze jego nieodłączny towarzysz: cień.
Rembrandt, ten gigant sztuki – opanował do perfekcji pokazywanie i jednego i drugiego. Przeżył zaledwie 63 lata: zmarł 4 października 1669.
Pozostawił po sobie ponad 80 autoportretów – obrazów olejnych, grafik i rysunków. Parę z nich powstało na zamówienie, ale większość artysta stworzył dla siebie: traktował je prawdopodobnie jako studia różnych ludzkich nastrojów. Pokazywał w nich radość,
rozdrażnienie, smutek i szczęście. Rozpacz. Strach i samotność. Miłość. Tęsknotę i poczucie zbliżającego się końca.
Człowieczeństwo.
Czasami ukazywał się na nich jako ktoś zupełnie inny: człowiek szlachetnie urodzony, półbóg albo mityczny bohater, albo też jako
któryś ze Świętych. Ale przecież wszyscy tak czynimy, do dzisiaj.
Jeden ze swoich pierwszych znanych autoportretów Rembrandt namalował w 1628 roku. Miał wówczas 22 lata.
To niezwykły obraz: na tym niewielkim kawałku drewna przyszły geniusz pokazał tyle z siebie samego, ile w człowieku jest prawdziwego światła; i ile też w nas jest zawsze cienia. W tym samym roku
Rembrandta sportretował też jego przyjaciel-malarz: Jan Lievens: i czy to dokładnie ten sam mężczyzna, czy toczą go te same myśli i pasje, czy wspólne na tych obrazach są pragnienia i ambicje Rembrandta – odpowiedź na te pytania pozostawiamy już tylko ocenie Państwa. Często przecież jesteśmy postrzegani przez drugiego człowieka inaczej, niż sami się widzimy.
Ale jest jeszcze jeden obraz Rembrandta – jeden z jego najwspanialszych – na którym być może zobaczymy twarz samego Mistrza.
"(...) Z tyłu tłumu, pośrodku, mamy jednookiego mężczyznę zerkającego przez ramiona zgromadzonych. Czy to kolejny autoportret Rembrandta? (...)"
To słynna
"Nocna Straż".
Bowiem nigdy nie wiemy, kim w rzeczywistości dla świata jesteśmy.
Zapraszam:
JG, Fundacja Promethidion.eu