O 11-letnim chłopcu pochodzącym z Polski, który będzie bohaterem jego
kolejnego filmu i o swym wielkim marzeniu, by kręcić komedie, tak jak Billy Wilder - opowiadał w
rozmowie z PAP wybitny niemiecki reżyser
Volker Schloendorff, laureat Oscara i Złotej Palmy w
Cannes.
PAP: Cytując słowa dyrektora Instytutu Goethego w Warszawie, Martina Waelde "jest bardzo niewielu
niemieckich reżyserów, którzy z tak wielką miłością i czułością jak
Volker Schloendorff podejmowali
tematy związane z Polską". Niech przykładem będzie "Blaszany bębenek". Zdjęcia kręcone w Polsce,
polscy aktorzy, m.in. Daniel Olbrychski i Wojciech Pszoniak, w obsadzie. Polska jest bliska pana
sercu?
Volker Schloendorff: Zrealizowałem w Polsce trzy filmy. Mam tu bardzo wielu przyjaciół. Wiele mnie
z tym krajem łączy i chętnie tu przyjeżdżam. Ale - nie przesadzajmy. Polska jest częścią mojego
życia, tak samo jak jego częściami są Francja i Ameryka. Jestem bardzo mile zaskoczony słowami pana
Waelde. Mam jednak wrażenie, że skala wyobrażeń na temat mojego zaangażowania w polskie sprawy jest
nieco przesadzona.
PAP: Mimo to, jeszcze jedno pytanie dotyczące Polski. "Chciałbym współpracować z Polakami. Mam w
Polsce wielu prawdziwych przyjaciół" - mówił pan w wywiadzie dla PAP po realizacji dramatu
"Strajk", chwaląc jednocześnie aktorskie umiejętności Andrzeja Chyry, który zagrał w tym filmie
ważną rolę. Czy ma pan zatem w planach jakieś nowe artystyczne przedsięwzięcia, w których udział
wzięliby polscy aktorzy?
V.S.: Nie mam w tej chwili takich planów. Natomiast mogę już powiedzieć, że przygotowuję się do
realizacji nowego filmu. Mam nadzieję, że wiosną uda mi się przystąpić do zdjęć. Będzie to film
kręcony w Berlinie. Historia Polki, matki, która żyje w Berlinie razem ze swoim dzieckiem. Syn tej
kobiety, 11-letni chłopiec, nie chce już być Polakiem. On pragnie być Niemcem. Nie chce być więcej
postrzegany jako cudzoziemiec. Jaką rolę odegra w tej opowieści matka chłopca, trudno mi jeszcze
powiedzieć. Ta kobieta znalazła się w Niemczech ze względu na pracę. Równocześnie musiała zmierzyć
się z faktem, że pracując tam, traci w pewnym sensie własne dziecko, obserwuje na co dzień
postępujący proces jego utraty. Film będzie opowieścią o procesach asymilacyjnych zachodzących w
Europie. O dylemacie, przed którym wielu z nas staje, zadając sobie pytanie: na ile każdy z nas
jest Europejczykiem, a na ile posiadamy własną narodową tożsamość.
PAP: Kto jest autorem scenariusza tego filmu?
V.S.: To scenariusz oryginalny. Stworzyliśmy tę historię wspólnie z pisarzem Peterem Schneiderem.
Na kształtowanie się historii opisanej w scenariuszu wpływały ludzkie doświadczenia, wydarzenia
znane nam z naszego własnego kręgu znajomych i przyjaciół. W przypadku Petera Schneidera chodziło
nawet o wydarzenia dotyczące jego własnej rodziny.
PAP: Jest pan także pedagogiem. Wykłada pan m.in. w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej
Andrzeja Wajdy w Warszawie. Na podstawie jakich cech, jako tak doświadczony artysta, rozpoznaje pan
w młodych ludziach twórczy talent; czy ma pan jakiś klucz, kryterium pozwalające panu wyławiać
talenty i osobowości, stwierdzać, że "ten student odniesie zapewne w przyszłości reżyserski
sukces"?
V.S.: Sądzę, że podstawową cechą, która powinna wyróżniać takiego młodego człowieka, jest
ciekawość. Ciekawość świata i ciekawość ludzi. Mówiąc najogólniej, poczucie solidarności ze
światem. Nie da się jednoznacznie zdefiniować, jaki zestaw cech powinien posiadać młody człowiek
liczący na reżyserski sukces w przyszłości. Kiedy ja patrzę na grupę studentów, widzę, jaka energia
przepływa między nimi. Od razu można wyczuć, który z nich będzie kiedyś pracował w filmie.
Piętnaście lat temu w szkole filmowej w Sundance w USA mieliśmy pewnego studenta, po którym od razu
było widać, że on jest po prostu opętany kinem. To był Quentin Tarantino. Tego rodzaju energię
wyczuwa się od razu. Rzeczą, której nie da się przecenić, jest artystyczne doświadczenie. Nie da
się jednak przekazać doświadczenia w procesie pracy pedagogicznej. Uczymy studentów poprzez to, kim
my sami jesteśmy. Oni na nas patrzą i od nas się uczą. Czego konkretnie się uczą, nie potrafię
powiedzieć. Uważam, że to, co mówimy studentom nie ma właściwie wielkiego znaczenia. Ja sam miałem
ten przywilej, że w młodości współpracowałem z wieloma znakomitymi reżyserami (m.in. z Jean-Lukiem
Godardem, Francois Truffautem i Louisem Mallem - PAP). Nie pamiętam niczego z tego, co oni do mnie
mówili. Natomiast doskonale pamiętam konkretne sytuacje oraz to, w jaki sposób oni się w tych
sytuacjach zachowywali, odnajdywali. Obserwowanie tego było dla mnie najcenniejszą lekcją.
PAP: Za swojego mistrza, artystę, który wywarł silny wpływ na pańską drogę twórczą uważa pan
reżysera Louisa Malle'a, wybitnego twórcę francuskiej Nowej Fali. O waszej współpracy i przyjaźni,
niekiedy burzliwej, przeczytać można w pana autobiografii "Światło, cień i ruch. Moje życie, moje
filmy", która właśnie trafiła do księgarń w Polsce.
V.S.: Relację między mną a Louisem Mallem można by nazwać relacją miłosną. Mówiąc całkiem serio: z
mojej strony był to rodzaj młodzieńczego entuzjazmu oraz zachwytu drugą osobą, która stanowiła dla
mnie największą lekcję. Uczymy się, naśladując innych. Louis Malle był dla mnie bardzo ważny. Jeśli
mówimy o relacjach mistrz-uczeń, przywołajmy ponownie Mistrzowską Szkołę Reżyserii Filmowej
Andrzeja Wajdy. Andrzej Wajda zorganizował tę szkołę. Szkoła funkcjonuje w określonej złożonej
strukturze. Jednak najważniejszy w niej jest sam Wajda. Jego obecność. To, że on przechodzi
korytarzem, że przemieszcza się z pomieszczenia do pomieszczenia. Że jest tam on i jest jego
energia. W ten sposób Wajda "przekazuje" studentom swoją osobowość. W relacji mistrz-uczeń
najważniejsze bowiem nie są nauki, które uczeń pobiera na płaszczyźnie werbalnej. Najważniejsza
jest osobowość mistrza i jego energia, którą specyficznymi kanałami mistrz "przelewa" na ucznia.
PAP: Na trwającym właśnie w Łodzi 17. Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Plus
Camerimage odebrał pan nagrodę za całokształt twórczości. Czy jest jakaś historia, której nie
przeniósł pan jeszcze na ekran, a którą od wielu lat nosi Pan jako reżyser w swoim sercu?
V.S.: Projektów mam więcej, niż jestem w stanie w tym życiu zrealizować. Mam wielką nadzieję, że
jednym z tych, które uda mi się zrealizować będzie komedia. Nakręcenie komedii jest jednym z moich
niespełnionych marzeń. Pamiętam, że tuż po tym, gdy wyreżyserowałem mój pierwszy duży film,
"Niepokoje wychowanka Toerlessa" (1966 - PAP), powiedziałem w jednym z wywiadów, iż "chciałbym
robić takie filmy, jak Billy Wilder". Od tamtej chwili minęło ponad 40 lat i ja takiego filmu nie
zrobiłem. To wciąż jedno z moich wielkich marzeń.
PAP: Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Joanna Poros
(PAP)