szukaj:
z ostatnich:

"Życie należy wyprzedzać"

dodane 2012-04-18 (13:21) 5 lat 6 miesięcy 2 dni 19 godzin i 19 minut temu
  A A A
 

Wreszcie Cię dopadłam. Stale jesteś zajęty.

Pracy jest dużo. Zakopałem się. W lesie jest różnie. Bardzo często na połoninie śnieg leży do maja. Poczekaj muszę jeszcze zapalić mamie świeczkę...

Gdzie jest pochowana?

W Jugosławii, ale dzisiaj jest rocznica. Zmarła przed wyjazdem do Polski w 1946 roku. Miałem wtedy 8 lat. Było nas siedmioro. Tata opiekował się nami.

Byliście repatriantami?

Z pochodzenia jestem Polakiem, ale urodziłem się w Bośni. Tata dobrze prosperował. Miał młyn i tartak. Po wojnie komisariusze z Polski agitowali do powrotu. Pamiętam w transporcie zapatrzyłem się na króliczki i zaginąłem. Nie chciałem wracać, bo wiedziałem, że ojciec spuści mi lanie. Kolejarze jednak zauważyli szwędającego się po torach dzieciaka i odwieźli drezyną. Przyjechaliście na ziemie odzyskane?

W okolice Bolesławca do Czernej. Zamieszkaliśmy razem z Niemcem. Tato z nim gospodarzył. Razem ciągnęli pług i sadzili ziemniaki. Pamiętam, jako gówniarz siadałem na wałku, a oni wałowali. Po kilku latach Niemiec wyjechał, więc pomagaliśmy ojcu. Całą podstawówkę przepracowałem. Dosiadało się konny wóz i w pole.

Jak długo mieszkałeś w Czernej?

Gdy skończyłem podstawówkę szukałem szkoły z internatem, aby móc coś systematycznie zjeść. W domu było biednie. Wybrałem Zawodową Szkołę Górnictwa Miedziowego w Bolesławcu. Starsi bracia ostrzegali, by mnie nie chwycili do wojska. Kopalnie węgla odraczały, więc wyjechałem na Śląsk. Przerażały mnie kopalnie. Górnicy wyjeżdżali na powierzchnię i tylko białka było im widać. Nie mogłem się przyzwyczaić. Podjąłem naukę w technikum dla pracujących, by trochę było lżej. Po 5 latach pracy w chorzowskiej kopalni „Prezydent” przeszedłem do rezerwy. Byłem wówczas bezpieczny. Mogłem przerwać pracę i wyjechać w wymarzone Bieszczady.

Ktoś Cię namówił?

Przeczytałem ogłoszenia w gazecie i natychmiast pojechałem na rekonesans. Trafiłem do przedsiębiorstwa „Las” w Dołżycy. Tam była sezonowa baza namiotowa. Dziennie trzeba było zebrać 5 kg jagód. Przynosiłem po 15. Zbierało się i piło” jabole”. W krótkim czasie zostałem przewodnikiem. Przydzielano mi ludzi. Robiłem rozpoznanie, gdzie jest jagoda schodząc całe połoniny. Jagód było w bród, tworzyły czarne dywany. Dochodziło do tego, że dziennie zbierałem po 70 kg. Pieniędzy miałem kupę. Kupiłem konia. W pierwszym kursie stratował mi 100 kg jagód. Nie wytrzymał tego, co sam znosiłem. Na drugi dzień już sobie poradził.

Zdecydowałeś się zostać?

W roku 1962 r. przyjechałem już na stałe. Kończyła się budowa Dużej Obwodnicy. W Berechach zaadoptowałem ziemiankę po wojsku. Wówczas zacząłem się interesować Chatką na Połoninie Wetlińskiej. Był to obiekt wybudowany w 1952 r. dla potrzeb wojskowych. Przez około 2 lata stacjonowali w niej harcerze z chorągwi krakowskiej. Obsługiwali pojedynczych turystów. W 1956 r. schronisko przeszło w posiadanie rzeszowskiego zarządu PTTK.

Rok 1963 był przełomowy w Twoim życiu.

Tak. Dogadałem się z prezesem okręgu PTTK Janem Kaliszem i dostałem pieniądze na remont Chatki. Dzisiaj, kiedy bym wiedział, co mnie tutaj czeka, to pewno bym się nie podjął. Wymieniałem ściany, podłogi, bo wszystko było zgniłe. 110 Tyś, jakie otrzymałem na remont było za mało. Włożyłem swoje oszczędności. Doprowadziłem chatkę do zamieszkania i przyjmowania turystów. Mój koń Karo odegrał podstawową rolę. Wciągnął 100 ton materiałów budowlanych. Maksymalnie ładowałem na niego do 100 kg i 5 razy dziennie kursowaliśmy od przełęczy na połoninę. Potem Karo sobie brykał.

Czy o tym koniu Jan Michotek śpiewał ”Mam szałas na połoninie”?

Śmiech. Tak się złożyło. Karo to taki pogrubiony hucuł z Wetliny. Dusza koń. Nie zapomnę jak w maju sypnął śnieg. Skończyło się siano. Pomyślałem, że skoro cały czas pracowałem, pojadę w Polskę poznać okolice. Okulbaczyłem konia i pocwałowałem na Hulskie. Śnieg nadal walił. Gospodarze nie chcieli mi sprzedać siana. Zatrzymałem się na polanie po obozowisku baców. Psy szczekały. Nie mając wyjścia wygrzebałem wiązkę siana z ich zapasów. Rozpaliłem ognisko. Zjadłem. Koń chrupał siano. Zawiesiłem buty na kiju nad ogniem i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, buty skwierczały w ognisku. Obuwia u górali nie znalazłem, ale poratowałem się szmatami i owinąłem nogi. Wsadziłem w strzemiona i pocwałowałem do Ustrzyk Dolnych. Kiedy pani zobaczyła mnie w kamizelce z barana, z kufelkami przytroczonymi do paska i bez butów, zaczęła się odsuwać. Mówię „proszę się nie bać. Zapłacę”. Udało się kupić pionierki i objechałem Przemyśl, Jarosław i Rzeszów.

Byłeś już żonaty?

Urszulę dopadłem na Wołosatym. Przyjechała z Cieszyna. Chciała się przejechać na koniu. Wywiozłem ją pod samą Chatkę Wetlińską i tak została. Po miesiącu matka ją odszukała, ale w 1967r. w USC w Cisnej powiedzieliśmy sobie sakramentalne TAK. Wesele odbyło się w chatce.

I byłoby bajkowo, gdyby nie kłopoty, jakie zaczęliście mieć po 5 latach ciężkiej pracy na połoninie?

W 1968 roku nastąpiła reorganizacja i zmieniła się struktura PTTK. Prezesa Kalisza zwolniono i nie mogłem się rozliczyć. Wypłat nie dostawałem. Wkurzyłem się, kiedy dowiedziałem się, że ogłoszono przetarg na prowadzenie schroniska. To był świński chwyt. Do przetargu nie przystąpiłem. Zrezygnowałem.

Nie było Ci żal?

Tu jest praca niewolnicza. Włożyłem całą krwawicę, ale skoro dla nich stałem się zerem, to przestało mnie to interesować. Z całym dobytkiem zeszliśmy na dół. Mieliśmy trzy konie i 4 krowy. Zatrzymaliśmy się w bacówce na Wołosatym. Zbliżał się listopad. Była to dla nas nerwowa sytuacja. Robiło się zimno. Żona była w ciąży. Nie mogła się tak poniewierać, więc wyjechała do babci do Cieszyna, a ja przeniosłem się do mojej piwniczki na Berechy. Jeździłem końmi do lasu i jakoś zimę przetrwałem. Na wiosnę 1969 r. urodziła się nam córeczka Sawa. Wówczas dojechałem do nich.

Co zrobiłeś z dobytkiem?

Kozę dałem pod opiekę koledze. I stała się tragedia. Zastrzelono mi ukochanego psa, a kobyła była bita do tego stopnia, że poroniła. Był to dla mnie wielki cios. Nie mogłem się pozbierać. Byki posprzedawałem. Przypiąłem 4 konie do dyszla, naładowałem siana i w drogę do Cieszyna.

„Jadą wozy kolorowe,,,, Tydzień jechałem. Stale policja mnie zatrzymywała. W Cieszynie najpierw rozwoziłem węgiel po mieście. Potem prowadziłem jazdę konną dla ludzi i kursowałem po wałach nadwiślańskich. Wszystko hulało. Kiedy policzono mi podatek, musiałem zaprzestać działalności. Żona się wkurzyła i sprzedała konia.

Jak sobie poradziłeś?

Bałem się otwierać następnej działalności, ale myślę zaryzykuję. Zrobiłem platformę. Urszula wymalowała konie. Powiesiłem tabliczki ” Od źródeł Wisły do źródeł Sanu” i miałem zamiar kursować beskidzkim szlakiem z turystami. Wszystko było przemyślane, ale zaczęły się trudności z zarejestrowaniem. „Komuna” piorun wie, co chciała od człowieka. W końcu zrezygnowałem i wróciłem w Bieszczady. Kiedy dotarłem do Wetliny pod bar Berdo wszyscy się zbiegli. Karo wszedł do baru i wypiliśmy po” jabolu”

Z koniem?

Wozacy nalewali mu do kapelusza jak za dawnych czasów. Byliśmy stałymi bywalcami. Śmiech.

Ta atmosfera Cię uwiodła?

Nie byłem w stanie zostawić Bieszczadów. Miałem zobowiązania wobec urzędu skarbowego i rodziny, więc wziąłem się do roboty. Zacząłem prowadzić sklep PTTK z pamiątkami na Przełęczy Wyżnej. Handel się kręcił. Woziłem lody i pączki motorem bez hamulców. Kiedy jechałem w dół nadsłuchiwałem, czy coś nie jedzie, bo nie wiedziałem jak się ułożyć do zakrętu…

W interesach się polepszyło, ale z Urszulą nie wytrzymaliście próby czasu?

Zaczęło się sypać. Dzisiaj nie wiem, kto był winny? Z teściową miałem lepszy kontakt. Nawet jej chałupę w Bieszczadach wybudowałem. Córka przyjechała do mnie na wakacje. Remontowałem wówczas schronisko w Komańczy.

A kto się opiekował Sawą?

Moja narzeczona, Krystyna. To był taki kochany „kurczak”. Miała 19 lat, a ja powyżej 30 tu. Siedziałem z nią na wypale. Była zdecydowana na wszystko, ale mamusia mi ją zabrała. W 1974 r. objąłem camping w Ustrzykach Górnych. Tam poznałem Dorotkę. Krysia też ją znała. Kiedy odchodziła, płakała i prosiła, aby się mną opiekowała. Nie zawiodła. Opiekuje się mną do dzisiaj. Śmiech. Dorotka mnie ujęła swoją bystrością, pracowitością i solidnością.

1 2 z 2
oceń
49
2
Podziel się


Opinie

Ocena: +1 [1]
~slaw [2016-04-06 23:52]

i niezapomniany pies PRUT ....

odpowiedz

Ocena: +2 [2]
~traper [2016-04-05 22:36]

Wspanialy czlowiek,twardziel, jakich malo,bardzo sympatyczny facet.

odpowiedz

Ocena: +3 [3]
~D. Krośnianin. [2013-04-03 16:22]

Wielki szacunek dla Lucjana i Doroty za ich miłość do gór, ciężką pracę i uratowane istnienia ludzkie. Lucjan od lat jest ratownikiem Grupy Bieszczadzkiej GOPR i niejedno widział, nie jedno przeżył. To co opowiada o "nowobogackich turystach" to niestety prawda. Ludzie nie mają za grosz rozumu, wystarczy zobaczyć paniusie idące w szpilkach w góry i małolatów w stanie upojenia alkoholowego na bieszczadzkich szlakach. Zniknęli z Bieszczadów harcerze z ZHP - zaprzestano operacji Bieszczady - teraz młodzież wychowuje telewizja, internet, centra handlowe i katecheci oraz jedyna katolicka słuszna organizacja harcerska czyli ZHR. Życzę zdrowia i powodzenia w walce z urzędnikami i biurokracją - powinni się wam kłaniać za waszą ciężką pracę

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź

Ocena: -7 [7]
~Śląsk Wrocław [2015-03-26 19:54]

"Kopalnie węgla odraczały, więc wyjechałem na Śląsk." Nie wiem jak bardzo trzeba być na bakier z geografią, żeby "pojechać z Bolesławca na Śląsk". Czy szanowny Lutek jechał kiedyś z Warszawy na Mazowsze i z Krakowa do Małopolski? Bolesławiec to taki sam Śląsk jak silnie przetworzony obszar Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Wstyd, wiedza na poziomie podstawówki!

odpowiedz

pokaż 2 ukryte odpowiedzi

Ocena: 0 [2]
~lutek [2013-04-06 22:01]

Pozdrowienia dla Lutka od Lutka.

odpowiedz

Ocena: +3 [3]
~magda [2013-04-05 16:00]

wspaniali ludzie

odpowiedz

Ocena: +4 [4]
~kanzas [2012-06-01 22:30]

Wielki szacunek dla Was obojga.

odpowiedz

Ocena: +6 [6]
~basia- [2012-05-09 17:53]

Po spotkaniu takich LUDZI dostajesz takiego kopa pozytywnej energi!!!!Od razu chce się ŻYĆ!

odpowiedz

Ocena: -3 [3]
~gość [2012-04-27 20:00]

Boże,spraw bym umarł,bo nie ma już nic na tym świecie co by mnie cieszyło.Skróć tą mękę,i daj ukojenie,daj bezbolesną śmierć,bo się starałem,jak mogłem,i oszczędż szyderstw i drwin . Bo byłem ,jaki byłem,z wadami i zaletami. Teraz pragnę tylko śmierci. Czy to tak dużo?

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź

Ocena: +6 [8]
~wis [2012-05-02 20:16]

Nocowałem w tym roku z córką w Chatce Puchatka na przełomie stycznia i lutego :) Ludzie !!! Bajka - mnóstwo śniegu, - 25 stopni i niebieskie niebo. Mało ludzi,góry w zasadzie <prywatne> dla każdego :) Lutek był pierwszego dnia - drugiego zjechał na dół. Za to z Dorotka pogadaliśmy trochę :) Cicho , kameralnie - nocowało 8 osób . PRZEPIĘKNIE Zdjęcia wschodu słońca fantastyczne, a sama chatka pokryta metrem śniegu , z oknami wyrąbanymi w lodzie do dzisiaj robi wrażenie. Polecam wszystkim Chatkę Puchatka. Może brakuje tam wody ( córka była szczęśliwa, bo nie musiała się myć), ale za to jest to <coś> Zapraszam w Bieszczady :)

odpowiedz

Ocena: +6 [8]
~ewelina [2012-04-28 10:56]

Ile trzeba miec siły wytrwałości i tak silnego charakteru jestem pod wrażeniem wspaniały przykładzie jak można życ i walczyc o przetrwanie dla mnie taki człowiek jest WIELKI pozdrawiam

odpowiedz

Ocena: +7 [11]
~Stuposiany [2012-04-22 23:31]

Niesamowity czlowiek i hart ducha...IKONA BIESZCZAD ......pozdrawiam serdecznie :-)

odpowiedz

Ocena: +9 [11]
~mario [2012-04-22 11:31]

takie historie powinno sie w kinie ogladac, genialne

odpowiedz

Ocena: +8 [8]
~Roman [2012-04-21 19:56]

zatkalo mnie

odpowiedz

Ocena: +8 [10]
~brawo [2012-04-21 19:51]

Pani Inko! brawo, wielkie brawo!

odpowiedz

Ocena: +8 [8]
~wanda [2012-04-21 19:42]

takich ludzi, az chce sie spotykac, brawo!

odpowiedz