30 lat temu narodziły się Pokémony. I już nigdy nie było tak samo
Trzy dekady temu świat poznał kieszonkowe potwory. Dziś to jedno z największych imperiów popkultury, które wychowało całe pokolenia, zmieniło sposób opowiadania historii w animacji i nauczyło graczy, że prawdziwa przygoda zaczyna się poza ekranem.
30 lat temu nikt nie przypuszczał, że kieszonkowe potworki z Japonii podbiją planetę szybciej niż niejeden popkulturowy superbohater. A jednak. Pokémony - marka, która zaczynała jako gra na Game Boya - stały się jednym z największych i najbardziej wpływowych zjawisk w historii rozrywki.
Historia Pokémonów zaczyna się daleko od ekranów. Satoshi Tajiri jako dziecko włóczył się po podtokijskich łąkach, łapiąc owady i zbierając je do słoików. Fascynowało go odkrywanie, klasyfikowanie, posiadanie własnego małego atlasu natury. Gdy dorósł, zamiast lupy i siatki miał już do dyspozycji technologię. Pomysł był prosty i genialny: przenieść dziecięcą potrzebę odkrywania do cyfrowego świata. Tak narodziły się "Pocket Monsters" - kieszonkowe stwory do łapania, poznawania i… wymieniania się nimi z innymi.
W końcu w 1996 r. Satoshi Tajiri i Ken Sugimori wprowadzili na rynek gry "Pokémon Red" i "Pokémon Green". Pomysł był prosty: łapać, trenować i wymieniać się stworzeniami. Sekret tkwił jednak w tym, że gra wymagała kontaktu z innymi graczami. Kabel łączący dwa Game Boye stał się symbolicznym mostem między dzieciakami na całym świecie. To był społecznościowy gaming, zanim ktokolwiek użył tego terminu.
Superman poparł ICE? Tak wytłumaczył powody swojej decyzji
Prawdziwa eksplozja przyszła wraz z anime. Serial o Ashu Ketchumie i Pikachu nie tylko rozsławił markę, ale też na nowo ustawił globalne postrzeganie japońskiej animacji. Dla milionów dzieciaków na Zachodzie Pokémony były pierwszym regularnie oglądanym anime - bramą do świata, w którym emocje były większe, przyjaźnie silniejsze, a stawki potrafiły dotyczyć losu całych regionów… albo przynajmniej odznaki z sali treningowej.
Styl wizualny serii, dynamiczne pojedynki i rozbudowany bestiariusz sprawiły, że animacja przestała być tylko bajką na dobranoc. Stała się uniwersum. Światem z własnymi zasadami, geografią i mitologią. Pokémony udowodniły, że serial animowany może funkcjonować jak saga fantasy z ciągłością, rozwojem bohaterów i lojalną, dorastającą widownią.
Ale sercem tej historii, ważniejszym nawet niż walki i odznaki, była relacja Asha i Pikachu. Ich przyjaźń od początku opierała się na czymś więcej niż trener i stworek. Pikachu nie chciał siedzieć w pokeballu, Ash uczył się szacunku do partnera, a wspólne porażki bolały tak samo, jak zwycięstwa cieszyły.
Dla wielu widzów to właśnie ta więź była emocjonalnym rdzeniem serii - opowieścią o lojalności, zaufaniu i dorastaniu razem. Pokémony pokazały dzieciakom, że siła drużyny nie bierze się z poziomu doświadczenia, tylko z relacji.
Fenomen Pokémonów to jednak nie tylko telewizja. To karty, filmy kinowe, maskotki, plecaki, gry mobilne i turnieje, w których dorośli ludzie z pełną powagą debatowali o statystykach Charizarda.
W szczytowym momencie "pokemonomanii" pod koniec lat 90. Pikachu był wszędzie - od śniadaniówek po okładki magazynów. Niewiele marek dziecięcych kiedykolwiek osiągnęło taki poziom globalnej rozpoznawalności.
I właśnie karty stały się dziś jednym z najbardziej zaskakujących rozdziałów tej historii. To, co kiedyś dzieci wymieniały na szkolnym korytarzu, dziś osiąga zawrotne ceny na aukcjach kolekcjonerskich. Rzadkie, dobrze zachowane egzemplarze pierwszych edycji potrafią kosztować fortunę, a rynek kart Pokémon urósł do rangi poważnego segmentu kolekcjonerskiego, porównywanego z komiksami czy kartami sportowymi. Nostalgia spotkała tu inwestycję i okazało się, że holograficzny Charizard może być wart więcej niż niejedno dzieło sztuki użytkowej.
Co ważne, Pokémony zmieniły też sposób, w jaki świat patrzył na transmedialne opowieści. Zanim Marvel stworzył kinowe uniwersum, a "Gwiezdne wojny" rozbudowały swoje serialowe odnogi, Pokémony już od lat działały równolegle w grach, animacji, filmach i produktach kolekcjonerskich, opowiadając jedną, wspólną historię świata pełnego stworzeń o elektrycznych policzkach i ognistych ogonach.
A potem przyszedł rok 2016 i "Pokémon GO". Miliony ludzi wyszły na ulice łapać wirtualne stworki w parkach, na przystankach i pod osiedlowymi sklepami. Marka, która zaczynała na czarno-białym ekranie Game Boya, stała się globalnym doświadczeniem w rozszerzonej rzeczywistości. Nostalgia spotkała technologię, a efekt był dokładnie taki, jak 20 lat wcześniej świat znowu zwariował na punkcie Pokemonów.
Pokémon - Czy już wszystkie masz? (Theme song)
I jest jeszcze jeden, bardzo lokalny ślad, który pokazuje, jak głęboko Pokemony wrosły w popkulturę, także nad Wisłą. Dla całego pokolenia polskich widzów symbolem dzieciństwa pozostaje czołówka pierwszej serii anime. Energetyczna, patetyczna, śpiewana z pełnym zaangażowaniem przez Janusza Radka, do dziś wywołuje natychmiastowy powrót do czasów, gdy biegło się ze szkoły, żeby zdążyć na kolejny odcinek.
"Czy już wszystkie masz?" w polskiej wersji brzmiało jak osobista misja każdego dzieciaka z pilotem w ręku. To jeden z tych telewizyjnych motywów, który po latach działa jak kapsuła nostalgii - wystarczy kilka pierwszych nut i człowiek znowu ma dziesięć lat.
Dziś Pokémony to coś więcej niż marka dla dzieci. To wspólny język pokoleń. Rodzice, którzy kiedyś zbierali karty, teraz oglądają serial z własnymi dziećmi. Pikachu stał się symbolem popkultury równie trwałym, jak bohaterowie Disneya czy postaci z komiksów.
I może właśnie w tym tkwi sekret: w prostym marzeniu, by wyruszyć w drogę, złapać kilka stworzeń, zaprzyjaźnić się i zostać mistrzem. Bo przez 30 lat zmieniła się technologia, nośniki i ekrany, ale fantazja o przygodzie wciąż działa tak samo mocno.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualna Polska