Agent mimo woli

25-letni kapitan Robert Trimble odbył 35 lotów bojowych, dzięki czemu 30 grudnia 1944 roku wszedł w poczet "klubu cholernych szczęściarzy" i był przekonany, że po takim osiągnięciu czeka go upragniony urlop. Liczył na to, że już nie będzie musiał brać udziału w działaniach wojennych i udał się na trzytygodniową przepustkę. Po tej przerwie dowódca 493. Grupy Bombowej zakomunikował mu, że jest jeszcze za wcześnie na gratulacje i życzenia miłego pobytu w domu. Kapitana Trimble'a czekała misja w Polsce, skąd miał uratować swoich rodaków.

1 z 10Cholerny szczęściarz

Obraz
© Robert Trimble na Ukrainie/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

"Ocalić jeńców" to zapis dramatycznej, nierównej walki o wielką stawkę. Zmagań samotnego człowieka z wielkim reżimem i jego tajną policją, ale też z własnymi bolesnymi przeżyciami i przerażeniem okrucieństwem wojny. Zmagań, które wymagały sprytu, odwagi i determinacji, przede wszystkim jednak odwołania się do tego, co najważniejsze w człowieku. By inni mogli przeżyć i by świat był choć odrobinę lepszy. Po prostu.

2 z 10Z deszczu pod rynnę

Obraz
© Kapitan Trimble z żoną i córką/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Dowódca zaproponował Timblemu służbę w bazie stanowiącej kwaterę główną Dowództwa Wschodniego w Połtawie. Bazę tę zbudowano na potrzeby misji wahadłowych. W grudniu 1943 roku operacja "Frantic" została wstrzymana, a połtawska baza przerodziła się w miejsce, gdzie reperowano uszkodzone bombowce, przymusowo lądujące na terenach zajętych przez Armię Czerwoną. Jedyne, co Trimble miał robić, to transportować ocalone załogi do Anglii lub Włoch. Transportować, zanim Rosjanie nie rozbiorą uszkodzonych B-17 i B-24 na czynniki pierwsze. Ot, spokojna, kilkumiesięczna praca poza teatrem działań wojennych. Propozycja ta miała jednak drobny haczyk - kapitan mógł na razie zapomnieć o powrocie do domu; w Połtawie potrzebny był natychmiast.

Alternatywą było tak wyczekiwane dwadzieścia jeden dni urlopu, a potem kolejne trzydzieści pięć lotów bojowych. Po konsultacji z żoną, Trimble wybrał Połtawę, wiedząc, że to drugie wyjście byłoby już zbytnim kuszeniem losu i "klub cholernych szczęściarzy" mógłby się w tym czasie uszczuplić. Ponad miesiąc musiał minąć, zanim kapitan zorientował się, jak bardzo został oszukany zarówno on, jak i pułkownik Helton. Okazało się bowiem, że Trimble ma odprowadzać samoloty do Anglii, ale czasem będzie musiał "wykonywać inne zadania, jeśli okaże się to konieczne". To, jakie to miały być zadania, na razie pozostawało w sferze niedomówień.

3 z 10Niestandardowe działania

Obraz
© Robert Trimble w Połtawie/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Przez Paryż, Marsylię, Nepal, Ateny, Kair i Teheran, Trimble trafił na Ukrainę. Personel bazy w Połtawie zredukowano do ok. 200 osób, mających zajmować się naprawą i ewakuacją amerykańskich maszyn. Amerykanie liczyli również, że Połtawa będzie dobrym miejscem na przyjęcie jeńców uwolnionych z obozów przez Armię Czerwoną. Z każdym dniem członkowie zespołów naprawczo-ewakuacyjnych byli coraz mniej akceptowani przez Sowietów.

Władze widziały w nich jedynie intruzów, którzy zdają sobie sprawę, co ich sojusznik wyczynia na "wyzwalanych" terenach. Narastające problemy ze zorganizowaniem pomocy dla amerykańskich jeńców tułających się po terenie Polski, zmusiły Dowództwo Wschodnie do podjęcia niestandardowych działań. Jednym z ich wykonawców miał być właśnie kapitan Trimble.

4 z 10Agent mimo woli

Obraz
© Paszport kapitana Trimble'a/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Szefem bazy w Połtawie był pułkownik Hompton, który słysząc, że Trimble ma odprowadzać naprawione samoloty do ich grup, wyjaśnił spokojnie: "Nie jest pan tu po to, żeby przeprowadzać samoloty. Będzie pan pracować z OSS". W ten prosty sposób, kapitan bombowca dowiedział się, że właśnie został amerykańskim agentem w Polsce. Agentem, który miał się zająć milionami uwolnionych z obozów więźniów, tułających się na całym obszarze rozpadającego się imperium III Rzeszy. Rosjanie traktowali swoich rodaków, uwolnionych jeńców wojennych, jak "przestępczych dezerterów".

Pytanie: jak potraktują swych aliantów, Amerykanów i Brytyjczyków? Odpowiedź napawała wszystkich niepokojem, zwłaszcza, że do Amerykanów coraz częściej docierały pogłoski, że są oni wykorzystywani, zmuszani do pracy niewolniczej i mordowani.

5 z 10Na pomoc byłym jeńcom

Obraz
© Churchill i Roosevelt i Stalin na szczycie w Jałcie/domena publiczna

Oficjalne plany ich ewakuacji zależały od współpracy Sowietów. W Jałcie podpisano dokument, na mocy którego alianccy jeńcy wojenni mieli mieć zapewnioną opiekę, schronienie, żywność i odzież. Oficerowie repatriacyjni mieli zaś mieć zapewniony pełny i nieograniczony dostęp do obozów oraz możliwość ewakuowania swoich ludzi. Tyle teoria, w praktyce nikt już chyba nie miał wobec Sowietów żadnych złudzeń. Zadaniem Roberta Trimble'a było przedostanie się do Polski, nawiązanie kontaktu z jeńcami i wywiezienie ich w bezpieczne miejsce. Kapitan dostał paszport dyplomatyczny i status oficera amerykańskiego, upoważnionego do ewakuacji samolotów.

16 lutego 1945 roku Trimble trafił do Polski. Obszarem jego działań miał być trójkąt między Lwowem, Lublinem i Krakowem. Zakres tych działań był praktycznie nieokreślony - wszystko zależało od jego inwencji. Jedno było pewne: w Polsce znajdowały się tysiące Amerykanów bez żadnej pomocy i błądzących bez celu, czemu Sowieci gorliwie zaprzeczali, zapewniając, że wszystko jest pod kontrolą. Jednocześnie nie pozwalali na jakąkolwiek inspekcję w miejscach pobytu jeńców. Na szczęście oficerowie podejmujący działania naprawczo-ewakuacyjne mogli w miarę swobodnie - choć w towarzystwie radzieckich opiekunów - poruszać się po terenach zajętych przez Sowietów. Stanowili więc idealną przykrywkę do akcji niesienia pomocy byłym jeńcom.

6 z 10Honorowy sojusznik

Obraz
© Kapitan Trimble (stoi drugi z lewej) z załogą B-24 Liberator 'Rum Runner'/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Trimble był pilotem, a nie szpiegiem i zupełnie nie znał kraju, ani jego uwarunkowań politycznych i społecznych. Wiedział, że musi dotrzeć do jeńców ukrywających się w okolicznych wsiach, ale nie dostał żadnych dokładniejszych instrukcji. Co gorsza, najpierw musiał poradzić sobie z własnymi, naiwnymi wyobrażeniami o czerwonym sojuszniku. Zaczął się zastanawiać, co to za świat, w którym się znalazł? Widział kolejne zbrodnie dokonywane przez Rosjan i przestawał rozumieć, jaką oni wolność niosą i do czego dążą.

W pewnym momencie skonstatował ze smutkiem, opisując sytuację głodnych, zawszonych Amerykanów ściśniętych w stodole: "Czy jakikolwiek honorowy naród pozwoliłby tak cierpieć swoim sojusznikom?" Dość ponuro brzmią te słowa na ziemiach polskich...

7 z 10Pociąg do Odessy

Obraz
© Połtawa, amerykańscy żołnierze w marszu upamiętniającym śmierć prezydenta Franklina D. Roosevelta/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Agenci OSS lokalizowali kolejne grupy jeńców, po czym przekazywali informacje Trimble'owi. Ten docierał do tułaczy i przekazywał ich do miejsca przeznaczenia, zazwyczaj najbliższego dworca, gdzie czekał pociąg do Odessy. Z mapą i kompasem kapitan przemierzał Polskę szukając kolejnych jeńców. Co ciekawe, na dworcach niespecjalnie interesowano się gromadkami prowadzonymi przez amerykańskiego dyplomatę. Właściwie Sowietom było wszystko jedno, co ów dyplomata robił z ocalałymi, przynajmniej do czasu, kiedy ktoś odkryłby, że są wśród nich jeńcy wojenni. Trimble był wręcz zdziwiony, jak łatwo jest uzyskać zgodę radzieckich dowódców na to, by wsadzić uwolnionych więźniów do pociągu.

Czasem był zaczepiany na ulicy, zarówno przez byłych jeńców jak i przedstawicieli polskiego podziemia. Ci ostatni oferowali złożenie pod przysięgą sprawozdania o radzieckich zbrodniach. Amerykańscy oficerowie zostali jednak pouczeni przez zwierzchników, by ignorować takie kontakty - dobre stosunki z Rosjanami były dla nich dużo ważniejsze.

8 z 10Pierwsze sukcesy i pierwsze rysy na przyjaźni sojuszników

Obraz
© Eskadra Boeingów B-17F bombarduje niemieckie miasto/domena publiczna

Przez pierwsze kilka dni Trimble uratował prawie 200 osób. W Odessie brytyjskie statki przejmowały jeńców, zarazem wysadzając do portów uwolnionych Rosjan, których mocarstwa zachodnie przekazywały w ręce Sowietów. Trafiali oni zazwyczaj do łagrów lub byli rozstrzeliwani jeszcze w magazynach przy odeskich dokach. Trimble jeździł również po kraju, by zabezpieczyć i, w miarę możliwości, naprawić amerykańskie samoloty.

Pomimo tego, że w ramach Lend-Lease rząd USA miał dość liberalne podejście do dzielenia się ze Związkiem Radzieckim swoją technologią, co ciekawsze nowinki wolał zostawić dla siebie. Na pewno należały do nich celowniki bombowe Nordena czy kluczowe samoloty, od B-17 do P-51. Jego bazą wypadową był hotel "George" we Lwowie, skąd znikał na parę dni i nocy. Nikt się zbytnio tym nie przejmował. W sytuacjach kryzysowych wystarczyło powiedzieć, że jest przedstawicielem rządu USA działającym w imieniu ambasady w Moskwie i nawet "pies gończy" z NKWD odstępował od dalszych pytań.

9 z 10Persona non grata

Obraz
© Robert Trimble/źródło: archiwum rodzinne/Lee Trimble

Po dwóch miesiącach liczba uratowanych przez Trimble'a wzrosła do ok. tysiąca. Rosjanie zaczęli mieć jednak serdecznie dosyć mieszania się sojuszników w sytuację na swoich terytoriach. 28 marca 1945 roku samoloty transportowe podlegające Dowództwu Wschodniemu zostały uziemione. Od tej pory, wszystkie maszyny lądujące przymusowo na terenach zajętych przez Sowietów, miały być traktowane jak zdobycze wojenne. Stosunki amerykańsko-radzieckie były tak napięte, że personel połtawskiej bazy zaczął zabezpieczać tajne dokumenty przygotowując się do ewentualnej ewakuacji.

Rosjanie wysuwali coraz dalej idące żądania, doskonale wiedząc, że Zachód potrzebuje ZSRR, by wygrać wojnę. Wskutek jednego z takich żądań odwołano pułkownika Hamptona. Na czele Dowództwa Wschodniego stanął kapitan Trimble. Niektórzy z jego podwładnych byli dużo wyżsi stopniem od niego.

10 z 10Służba zaledwie satysfakcjonująca

Obraz
© mat. wydawcy

Trimble przewodził Dowództwu Wschodniemu do 23 czerwca 1945 roku stwierdziwszy, że zupełnie nie potrafi pogodzić zasad moralnych z polityką. W Ameryce złożył podanie o zwolnienie ze służby. Gdyby tego nie zrobił, i tak zostałby zwolniony - Rosjanie skarżyli się na incydenty, do których dochodziło podczas jego pracy w Dowództwie; Trimble był zbyt mało uległy i pokorny wobec sojuszników. Dowiedział się również, że w najlepszym razie może liczyć na "satysfakcjonującą" ocenę służby i nie kwalifikuje się do awansu.

Dopiero pod koniec roku 2006, na trzy lata przed śmiercią, zdecydował się opowiedzieć o swojej tajnej misji synowi. Lee Trimble spisał historię ojca, uzupełniając ją o informacje, do których dotarł w archiwach armii. Pokłosiem jego pracy jest książka, którą napisał wspólnie z Jeremym Dronfieldem, zatytułowana "Ocalić jeńców! Tajna misja amerykańskiego pilota w okupowanej przez Sowietów Polsce". Książka traktująca o człowieku, który nie chciał być bohaterem. Pragnął po prostu przeżyć przygodę i wrócić do rodziny. Gdy jednak przyszedł czas, by zrobić więcej, niż wymagałyby od niego obowiązki służbowe, po prostu to uczynił.

Mirosław Szyłak-Szydłowski/ksiazki.wp.pl

Wybrane dla Ciebie