W kontekście ogólnego pomysłu autorów można chyba mówić o zabiegu przypominania. Bo jeśli faktycznie uznać powieść duetu Koperski/Stamm za widokówkę, to jest to swoista widokówka-zdrapka, spod której prześwituje wszystko to, co w jakiejś tam mierze nielubiane i często wypierane: ogromny wkład Niemców w budowę pięknego Poznania, wielokulturowość miasta, antysemityzm czy wyzbywanie się polskości i wtapianie w kulturę niemiecką tych, którzy w myśl wspomnianej już pięknej narracji stanowić mieli ówczesną elitę. Do rangi symbolu urasta w powieści wątek zabójstwa żony i jej kochanka przez hrabiego Mielżyńskiego, co we wspomnianym śledztwie przeciw narracji jest właściwie głównym dowodem. Tworzyła się historia, znajdywano kozłów ofiarnych, prowadzący śledztwa deptali hydrze po ogonach (jak Jeremias i Schoen do spółki z Windelbandem), a główni aktorzy, choć bywali na przykład wysoko postawioną siatką pedofilów i tak „nie płacili za spektakl, w którym grali”. To dlatego, że jak każe nam wierzyć Sigmund (nie mógł
mieć inaczej na imię!) Jeremias, jest tylko libido, popęd i oczekiwanie na wojnę, która może, a właściwie musi oczyścić atmosferę. (Umiejscowienie akcji na przełomie lat, czyli w karnawale nie jest tu przypadkowe). W myśl tak czytanej historiozofii reszta jest umowna. Tożsamość, prawo, historia… i miasto, którego krwawe fundamenty z czasem zostają wybielone, nadbudowane i niewidoczne. A jako, że głównym celem staje się pokazanie i przypomnienie tej „drugiej” równie prawdziwej strony, przypomina się trochę „Rewers” z innym czasem i pacjentem. Tym razem jest Poznań i Wielkopolska, a duety Jeremias/Schoen, Koperski/Stamm znów robią w ten sposób jakby więcej niż IPN. Zapewniając przy tym kilka godzin rozrywki, którą inni nazwą lekturą, zwracając uwagę na siłę umiejętnego posługiwania się słowem.