Balonem na Biegun północny
11 lipca 1897 roku ze Spitsbergenu wyruszyła niezwykła ekspedycja: trójka mężczyzn zamierzała dotrzeć balonem "Orzeł" na Biegun Północny. Salomon August Andree, Nils Strindberg i Knut Fr
Trzech śmiałków
W jaki sposób znaleźli się na Wyspie Białej i jak zginęli? Tę zagadkę postanowiła rozwiązać lekarka Bea Uusma, która w połowie lat 90. przypadkiem trafia na książkę opisującą wyprawę Andree. By poznać prawdę, kobieta musiała dotrzeć tam, gdzie zginęli trzej polarnicy. O obu podróżach i rezultatach swojego śledztwa Uusma opowiada w książce "Ekspedycja. Historia mojej miłości" .
Wyprawa w nieznane
Biegun Północny u schyłku XIX wieku wciąż pozostawał niezdobyty, pomimo wielu prób i wykorzystania różnych sposobów: nart, psich zaprzęgów, okrętów. Inżynier Salomon Andree poszedł o krok dalej i wymyślił podróż balonem napełnianym wodorem. Aby odległość do celu była jak najmniejsza, start balonu umiejscowiono na północnych skrajach Spitsbergenu. Do dziś leżą tam szczątki lin i kawałki materiału pokrywającego podłogę hangaru.
Do ekspedycji szwedzkiego inżyniera dołączyli dwaj pracownicy naukowi: Knut Fraenkel (miał odpowiadać za obserwacje meteorologiczne) oraz Nils Strindberg (fotograf wyprawy). Żaden spośród tej trójki nie miał doświadczenia w polarnictwie. Ich zamiarem było dotarcie na biegun i spuszczenie z balonu pływaka z wiadomością: "Byliśmy tu pierwsi!".
List do narzeczonej
Dwudziestoczteroletni Strindberg, najmłodszy z uczestników, był zaręczony z Anną Charlier, guwernantką i nauczycielką muzyki. Planował po starcie balonu zrzucić na ziemię list do narzeczonej - miał to być ostatni, symboliczny gest. Zapomniał jednak to zrobić we właściwym momencie i wyrzucił pudełko z listem na ostatnią ze skalistych wysp, tuż przed połaciami lodowej kry. Pudełka tego nigdy nie odnaleziono.
Po dziesięciu latach od wyruszenia balonu podróżników uznano za zmarłych. Anna Charlier została pianistką i wyszła za Anglika, Gilberta Hawtreya. Zmarła w 1949 roku - jej grób znajduje się w Devon, ale serce kobiety pochowano w Sztokholmie, wraz ze szczątkami Nilsa Strindberga.
Fakty i tajemnica
Andree i jego towarzysze prowadzili dzienniki, których fragmenty znaleziono wraz z ich ciałami. Naukowcom udało się także wywołać odnalezione zdjęcia z negatywów. Dzięki temu można było odtworzyć cały lot oraz następujące po nim trzy miesiące: wędrówkę mężczyzn po zamarzniętych połaciach Morza Arktycznego. Na stały ląd dotarli 5 października 1897 roku.
9 października zapiski nagle się urywają. Najdziwniejsze w tej wyprawie jest jednak to, że wszyscy trzej zmarli, mając do dyspozycji swoje sanie z wyposażeniem. W obozowisku na wyspie znajdowały się zapasy jedzenia i woda, butla z gazem i zapałki, działająca broń i amunicja, leki oraz ciepła odzież i śpiwory w namiocie. Mogli przeżyć zimę na północy - przed nimi na podobnej szerokości geograficznej dokonali tego Nansen i Johansen, norwescy badacze Arktyki.
Balon "Orzeł"
Wyprawa pierwotnie planowana była na 1896 rok, ale przeszkodził temu wiatr wiejący z północy - do startu balonu potrzebny był wiatr południowy, na który daremnie czekano przez całe lato. W 1897 roku próbę podjęto na nowo. Do tamtej pory żaden balon nie utrzymał się w powietrzu dłużej niż dobę. Andree przeprowadził jednak dokładne wyliczenia, według których jego "Orzeł" miał po sześciu dniach dotrzeć nad biegun.
Członkowie wyprawy byli przekonani, że wybrali do jego uszycia nieprzemakalną tkaninę: chiński jedwab. Tymczasem jeszcze przed startem wodór wyciekał przez mikroskopijne otwory przy szwach. Nie przeprowadzili też lotu próbnego.
Start i lądowanie
Po wystartowaniu "Orzeł" niemal od razu został porwany przez silne wiatry. Obserwujący go z brzegu ludzie byli przekonani, że Andree od razu zarządzi lądowanie awaryjne. Tak się jednak nie stało - "Orzeł" zniknął im z oczu, zakryty przez gromadzące się chmury.
Podczas pierwszej nocy wiatr ustał i balon zawisł nad lodem, pokrywając się szronem. Nie pomagało wyrzucanie za burtę wszystkiego, bez czego załoga mogła się obejść. 14 lipca Andree stwierdził, że dalej nie polecą i wypuścił cały wodór z czaszy balonu, pozwalając mu całkowicie opaść. "Orzeł" wytrzymał w powietrzu 65 godzin.
Na lodzie
Mężczyźni mieli świadomość, że nie tylko nie osiągnęli swojego celu, ale nie byli nawet tymi, którzy dotarli najdalej na północ (wyprzedzali ich o kilka stopni wspomniani wcześniej Nansen i Johansen). W gondoli balonu mieli składaną łódź i sanie, mające służyć jako elementy ratunkowe. Nikt nie wiedział, gdzie są - mogli liczyć tylko na własne siły.
W gondoli "Orła" znajdowały się również klatki z gołębiami pocztowymi. Ponieważ jednak przed wylotem zabrakło czasu na ich wytrenowanie, po opadnięciu balonu wszystkie gołębie wypuszczono. Spragnieni wieści bliscy polarników oraz dziennikarze nie doczekali się żadnych informacji.
Biały koszmar
Polarnicy znajdowali się w miejscu, które w tamtym czasie nie było znane nikomu. Ich ciała nie rzucały cienia, a północny wiatr nieustannie świszczał im w uszach. Pobierali próbki lodu i alg, starając się dokumentować swoją wyprawę. Doszli do wniosku, że nie chcą umrzeć na tej pustej, lodowej krze, gdzie nikt ich nigdy nie znajdzie.
Postanowili wyruszyć do Przylądka Flory na Ziemi Franciszka Józefa, gdzie znajdował się jeden ze składów, przygotowanych na wypadek niepowodzenia ich misji. Walczyli z czasem, chcąc zdążyć przed zimą polarną. Pchali ciężkie sanie po lodzie, omijając pęknięcia i kry. W końcu zmienili cel wyprawy na punkt przy Siedmiu Wyspach - położony bliżej niż poprzedni.
Mięso i morfina
Po mozolnej wędrówce, czasami po kolana w wodzie, trzej polarnicy dotarli na Wyspę Białą. Rozbili namiot pod skałą osłaniającą od wiatru. Oprócz zmęczenia i zimna nękały ich problemy żołądkowe, wynikające ze spożywania mięsa dzikich zwierząt i zażywania morfiny, którą próbowali leczyć nawracające bóle i biegunki.
W 1930 roku na terenie tego obozowiska znaleziono trzy ciała. Strindberg leżał w szczelinie, przykryty kamieniami - gdy umarł, dwaj pozostali musieli więc być żywi, by go w ten sposób pochować. Andree siedział z wyciągniętymi nogami, plecami oparty o skałę. Fraenkela poszukiwano najdłużej. W chwili śmierci nie miał na sobie rękawic ani butów.
Przyczyny śmierci
Ekspedycja Andree to najczęściej opisywana w Szwecji wyprawa polarna - powstały na ten temat setki książek i publikacji naukowych. Większość badających zagadkę śmierci polarników skłaniała się do hipotezy o zatruciu włosieniami - pasożytami żyjącymi w mięsie dzikich zwierząt. Dziś wiadomo już jednak, że włośnica, choroba wywoływana przez te pasożyty, nie powoduje śmierci.
Wśród innych hipotez popularne były: wychłodzenie, zatrucie morfiną czy uduszenie z powodu niedoboru tlenu w namiocie. Rozważano także zatrucie witaminą A (gromadzącą się w wątrobie fok), jadem kiełbasianym lub ołowiem, z którego zrobione były ich puszki z konserwami. Jeden z lekarzy, nie znajdując żadnej innej możliwości, jako przyczynę śmierci wskazywał... szkorbut.
Historia miłości
Bea Uusma we wstępie książki przyznaje, że nienawidzi zimna - w czasie mrozu najchętniej siedzi w domu. Tym dziwniejsza wydawała jej się ochota na podążenie śladami trzech polarników, do krainy wiecznie skutej lodem. Trzy wyprawy na Spitsbergen nie przyniosły odpowiedzi na pytanie, które sobie postawiła; na otoczoną krami Wyspę Białą trudno się dostać.
Czwartą wyprawę kobieta zorganizowała już na własną rękę. Po piętnastu latach starań mogła wreszcie stanąć na tym tajemniczym lądzie i obejrzeć miejsce, w którym znajdowało się obozowisko. Miejsce, które setki razy oglądała na czarno-białych zdjęciach. Miejsce, które jak żadne inne uświadamia jej, że wobec potęgi natury ludzie są tylko zbieraniną cząsteczek, które z łatwością może pożreć. A rozwiązanie zagadki? Choć bardzo prawdopodobne, jest tylko kolejną hipotezą...
Aleksandra Kromp/ksiazki.wp.pl