Barbra Streisand gorzko o kręceniu "Narodzin gwiazdy". Zarzuciła zdradę reżyserowi hitu
Barbra Streisand wsławiła się główną rolą w "Narodzinach gwiazdy" z 1976 roku. Po latach ujawniła szczegóły konfliktu z reżyserem, który wpłynął na negatywny odbiór filmu. - Nad filmem zebrały się czarne chmury - napisała w autobiografii "Mam na imię Barbra".
Barbra Streisand wsławiła się przede wszystkim jako piosenkarka, ale kinomani do dziś z uznaniem wspominają także role w filmach muzycznych: "Zabawna dziewczyna", "Hello, Dolly!" czy "Narodziny gwiazdy". Ona sama źle wspomina atmosferę podczas kręcenia ostatniego z tytułów, przede wszystkim z uwagi na konflikt z reżyserem Frankiem Piersonem. O szczegółach otwarcie opowiedziała w swojej autobiografii "Mam na imię Barbra" z 2023 roku, która właśnie ukazała się na polskim rynku.
Arkadiusz Jakubik ujawnił, co "Kler" zmienił w jego życiu
Barbra Streisand; "Mam na imię Barbra" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Rozdział 30. "Narodziny gwiazdy"
(...)
W samym środku tego intensywnego czasu, pełnego napięcia i pośpiechu, żeby skończyć udźwiękowienie i montaż, przyjaciółka podsunęła mi kopię artykułu o realizacji produkcji, który Frank próbował sprzedać. Pewna osoba z biura jego agenta przeczytała ten tekst i z przerażeniem przekazała mojej przyjaciółce Joan Ashby kopię, gdyż uznała, że powinnam to zobaczyć. Serce we mnie zamarło. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom i nie chcę dziś czytać tego ponownie. Wiem, że Frank czerpał przyjemność z wyśmiewania mnie i Jona oraz naszego "chałupniczego filmiku za 6 mln". Przekręcał fakty, zmyślał, że musiał przekonać mnie do włączenia do scenariusza epizodu z Leonem Russellem i że namówił mnie na zatrudnienie Boba Surteesa, podczas gdy było dokładnie odwrotnie.
Wściekłam się i od razu złapałam za słuchawkę.
– Jak mogłeś tak nakłamać?
Czy on postradał rozum?
I zrobił jeszcze coś tak rozmyślnie okrutnego, że było to całkowicie nie do przyjęcia. Przedstawił Krisa jako pijaka. Cały artykuł był jedną wielką zdradą. Są rzeczy, z których aktor zwierza się reżyserowi – osobiste, intymne sprawy swoje, rodziny albo dotyczące przyjaciół, związane z pracą. Nie powinno się ich wyciągać na światło dzienne. To jak z księdzem, lekarzem albo prawnikiem. Frank miał być reżyserem, nie plotkarzem.
– Nie mogę cię powstrzymać przed publikacją – powiedziałam. – Ale proszę, żebyś nie szkodził filmowi. Daj mu szansę. Czemu chcesz zniszczyć coś, nad czym wszyscy tak ciężko pracowaliśmy?
Odparł, że tekst jest wyłącznie prywatny, nie do publikacji.
– Więc po co go napisałeś?
– Dla własnego katharsis.
– To przynajmniej powiedz sobie prawdę. W takim kształcie okłamujesz sam siebie od samego początku.
Skoro film był tak koszmarny, dlaczego nie zrezygnował? Pamiętam, jak kiedyś powiedział: "Sprawiasz, że dobrze wyglądam". W artykule jednak opowiedział inną historię, każda anegdota miała go odmalować jako zbawcę, a mnie i Jona jako idiotów. Kiedy zrobiłam mu z tego zarzut, zapewniał w kółko, że tekst nie jest do publikacji. Popełniłam błąd i uwierzyłam mu. Wciąż nie rozumiałam, że mam do czynienia z patologicznym kłamcą.
ZOBACZ TEŻ: Po premierze "Narodzin gwiazdy" wszyscy mówili o ich romansie. Prawda w końcu wyszła na jaw
Barbra Streisand źle wspomina "Narodziny gwiazdy". Recenzje zabiły film
A jak już mówiłam, nie umiem postępować z ludźmi, którzy kłamią. Zdarzyło się to na początku października; miesiąc później byliśmy gotowi do pokazu w Phoenix w czwartkowy wieczór 11 listopada. W duchu pojednania zadzwoniłam do Franka i spytałam, czy chce przyjechać. Przyjął zaproszenie, a po obejrzeniu filmu powiedział mi, że zrobiłam dobrą robotę. Następnego dnia rano został zacytowany w felietonie Army'ego Archerda w "Variety": "Naprawdę mi się podobało! Barbra dokonała kilku wyborów, których ja bym nie dokonał – ale Barbra i ja zwykle się zgadzaliśmy, uważam, że świetnie zmontowała film i powinna reżyserować samodzielnie". I jeszcze pierwsi widzowie przyjęli obraz dobrze! Byłam we wspaniałym nastroju. Nie potrwało to długo.
Trzy dni później, w poniedziałkowy poranek, artykuł Franka ukazał się w piśmie z moją sylwetką na okładce. Byłam przerażona. Musiałam pojechać do lekarza. Serce biło mi tak szybko, że uznałam to za objaw zawału. Nie byłam w stanie pojąć, jak ktoś może świadomie niszczyć zarówno film, jak i siebie. Czuł się odrzucony, pominięty przez dziennikarzy, którzy skupiali się na mnie, Jonie i Krisie? Być może ego Franka, skonfrontowane na planie z jego własnymi ograniczeniami, nie mogło tego znieść. A teraz próbował działać dwutorowo.
Jeśli film odniesie sukces – to on go wyreżyserował. Jeśli okaże się porażką – to nasza wina. A może był przede wszystkim zgorzkniały. Tylko jego psychiatra wiedział, jaka jest prawda. Według mnie jego zachowanie było nieetyczne, nieprofesjonalne i niemoralne.
Żaden inny artykuł nie wywołał u mnie tak głębokiego poczucia niesprawiedliwości. I byłam całkowicie bezradna, świadoma, że wiele osób go przeczyta i w to uwierzy. Czułam się jak na tym obrazie Edvarda Muncha – jakbym krzyczała, a z mojego gardła nie wydobywał się żaden dźwięk.
Oczywiście prasa miała używanie w związku z tekstem Franka. Nad filmem zebrały się czarne chmury, jeszcze zanim ludzie mieli szansę go zobaczyć. W Los Angeles premiera odbyła się 19 grudnia 1976 roku, a w Nowym Jorku i całej reszcie kraju – 25 grudnia. Dostałam najgorsze recenzje w całej karierze. Tak się zdenerwowałam, że nawet nie chciałam polecieć na premierę do Nowego Jorku, ale Jon i Kris przekonali mnie, że muszę tam być, trzymać głowę wysoko, i że przejdziemy przez to razem.
Krytycy nowojorscy okazali się najbardziej okrutni. Słyszałam, że któryś podczas seansu dyskutował z ekranem. Czyli film mu się nie spodobał. Rogerowi Ebertowi przypadł do gustu, ale oczywiście pamiętam tylko negatywy. Nie mogłam uwierzyć, na czym się skupiają.
Pod koniec filmu, maleńkimi literami pośród innych napisów, biegnących bardzo szybko, znalazło się zdanie: "Stroje pani Streisand pochodzą z jej szafy". To była prawda. Nie miałam czasu oglądać projektów ani uczestniczyć w przymiarkach, więc przeszukałam własną garderobę. Zgromadziłam wspaniałą kolekcję starych ubrań, które nosiłam cały czas. Wyciągnęłam kilka rzeczy, które moim zdaniem mogłaby wybrać Esther.
(...)
Żałuję, że nie zignorowałam recenzji. Ale byłam załamana. I zszokowana, ponieważ słyszałam tyle dobrego od publiczności na pokazach i od zawodowców, których szanowałam.
Miloš Forman zadzwonił, żeby powiedzieć, że jest zachwycony. Uważałam, że film świetnie się prezentuje na ekranie. Bob Surtees nadał mu soczysty blask, taki, jaki sobie wymarzyłam, a nawet lepszy. Zaraz po premierze napisał do mnie przemiły list, w którym twierdził, że "większość zasług" powinnam przypisać sobie, ponieważ moje pomysły stanowiły dla niego "nieustanną inspirację".
A Kris był tak zadowolony z filmu i tak mi wdzięczny za to, że praca zachęciła go do zerwania z piciem (mogę teraz o tym mówić, bo on sam już o tym opowiadał). Zaczęłam jednak myśleć, że chyba zwariowałam. Jak niektórzy mogą twierdzić, że film jest znakomity, a inni nazywać go szmirą? Artykuł Franka ewidentnie przyczynił się do krytycznego odbioru filmu. Recenzja z "Los Angeles Timesa" przytaczała nawet jego tekst. Wyglądało to tak, jakby niektórzy krytycy wcale nie recenzowali filmu, tylko mój związek z Jonem.
Ale wiecie co? Publiczności obraz się najwyraźniej spodobał, ponieważ ludzie kupowali bilety. "Narodziny gwiazdy" stały się najpopularniejszym filmem w mojej karierze i zajęły drugie miejsce na liście najbardziej dochodowych filmów roku. (Pierwszy był "Rocky"). "Narodziny..." okazały się też dla mnie bardzo lukratywne, bo według umowy z First Artists miałam procent od wpływów kasowych oraz od zysku.
"Evergreen" królowała na listach przebojów i z pewnością pomogła spopularyzować film. Bardzo się ucieszyłam, kiedy zdobyła Złoty Glob dla najlepszej piosenki. Film zyskał pięć nominacji do Złotych Globów, wszystkie trafiły do nas, w tym dla najlepszego aktora, najlepszej aktorki, najlepszego filmu musicalowego lub komediowego i za najlepszą ścieżkę dźwiękową.
ZOBACZ TEŻ: Zagrał z Barbrą Streisand w kinowym hicie. Na kręcenie intymnych scen zakładał... dwie pary majtek
Barbra Streisand o sukcesie "Narodzin gwiazdy"
Byłam przeszczęśliwa, kiedy Bob Surtees został nominowany do Oscara za najlepsze zdjęcia, Roger Kellaway za najlepszą muzykę adaptowaną, a Buzz Knudson za dźwięk. (...). Trudno mi opisać, jakim zaszczytem była dla mnie Nagroda Akademii Filmowej za najlepszą piosenkę, z moją melodią i słowami Paula. Dowiedziałam się, że jestem pierwszą uhonorowaną kompozytorką. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że dostanę Oscara za napisanie muzyki. Wciąż ma to dla mnie bardzo, bardzo szczególne znaczenie.
A potem "Evergreen" dostała trzy Grammy: za najlepszą aranżację, najlepsze kobiece wykonanie piosenki pop oraz, przede wszystkim, jako piosenka roku. Do dziś jestem bardzo dumna, gdy słyszę ten utwór w radiu.
Realizacja "Narodzin gwiazdy" pochłonęła trzy lata mojego życia. Było to wyczerpujące fizycznie i emocjonalnie. Prawdopodobnie zwolniłabym Franka, ale się bałam, bałam zaczynać z nową osobą, bałam się, że nie udźwignę tego sama i że będę atakowana za przejęcie odpowiedzialności.
Co jest takiego oburzającego w tym, że kobieta obejmuje kontrolę? Warren Beatty i Robert Redford nadzorowali swoje filmy i nikt ich za to nie atakował. Redford wyprodukował Wszystkich ludzi prezydenta i zagrał w nim główną rolę. Siedział w montażowni, tak jak ja. Uczestniczył w nagrywaniu postsynchronów, tak jak ja.
I czy tak wielkim błędem było zatrudnienie własnego chłopaka, żeby wyprodukował film? Po tym, jak Jon zadebiutował przy "Narodzinach gwiazdy", zrealizował inne obrazy, np. kultowych "Golfiarzy". Jon był dzieckiem ulicy i instynktownie wiedział, czego oczekuje publiczność. Mówił o nakręceniu filmu z bohaterami komiksów, zanim ktokolwiek dostrzegł ich potencjał, i wyprodukował "Batmana", który zarobił miliony i dał początek franczyzie. Przez chwilę nawet ze swoim wspólnikiem Peterem Gruberem prowadził studio filmowe. Więc miał wizję, podobnie jak ja.
"Narodziny gwiazdy" zadebiutowały o czasie i nie przekroczyły budżetu. Odniosły największy sukces ze wszystkich filmów, jakie zrobiłam. Miałam więc ze wszech miar rację, że wzięłam sprawy w swoje ręce.
Pragnę odpowiadać za wszystko, co robię w życiu, dobrego czy złego. Mam w głowie wizje, słyszę muzykę, marzę. I szalenie satysfakcjonujące jest, gdy to się materializuje, czy to na ekranie, czy na płycie. Chcę zadowalać widownię, a odkryłam, że najlepszym sposobem na to jest własne zadowolenie.