Tyle rzeczy, których nigdy bym się nie spodziewała. Pisała maleńkie haiku, które wkładała mu ukradkiem do kieszeni. Zawsze je wyciągałam, kiedy tylko miałam okazję, żeby sprawdzić, co napisała. Czerwieniłam się, kiedy je czytałam: Maki krwawią płatkami czystego przepychu. Ty i ja, to słodkie pole bitwy.
Pewnego przedpołudnia w redakcji pokazała mi zdjęcie w brukowym tygodniku Caligula's Mother, zrobione na przyjęciu po premierze jakiejś sztuki. Oboje wyglądali na zalanych. Podpis nazywał matkę nową miłością Barry'ego. Właśnie tego najbardziej nienawidziła, kobieta jako coś mężczyzny. Teraz zachowywała się tak, jakby przyznano jej jakąś nagrodę. Namiętność. Nigdy się nie spodziewałam, że to może przytrafić się jej. W tych czasach nie rozpoznawała samej siebie w lustrze, oczy czarne od tego, włosy wiecznie zmierzwione, pachnące piżmem, kozią wonią Barry'ego. Wychodzili razem wieczorami i później opowiadała mi o tym ze śmiechem. - Kobiety podchodzą do niego i wołają pawimi głosami, Barry! Gdzie się podziewałeś? Ale to nie ma znaczenia. On jest teraz ze mną. Chce tylko mnie. Namiętność całkowicie nią zawładnęła. Znikły uwagi o jego koziej fizyczności, o jego potrzebie opieki dentystycznej, sflaczałej twarzy, fatalnym guście odzieżowym, kiepskiej angielszczyźnie, bezwstydnych frazesach, zbrodniczej
trywialności jego twórczych dokonań, o mężczyźnie, który pisze "chałtury". Nigdy nie sądziłam, że moja matka będzie się kleiła w przedpokoju naszego mieszkania do krępego mężczyzny z kucykiem, że pozwoli mu wkładać sobie przy stole rękę pod spódnicę, co zdarzyło się któregoś wieczoru, gdy jedliśmy kolację w ciemnej restauracji Hunan w Chinatown. Patrzyłam, jak moja matka zamyka oczy, czułam fale jej namiętności, która unosiła się jak perfumy nad filiżankami.
Rankami często był z nią na szerokim białym materacu, kiedy przechodziłam przez pokój w drodze do toalety. Zagadywali nawet do mnie, ona z głową wtuloną w jego ramię, jakby to była najnaturalniejsza rzecz w świecie, choć pokój był pełen zapachu ich kochania się. Miałam ochotę roześmiać się w głos. Na dziedzińcu Crossroads of the World siedziałam pod drzewem pistacjowym i pisałam w szkicowniku "Państwo Kolkerowie". W łazience ćwiczyłam słowa: Mogę do ciebie mówić tato?
Nigdy nie powiedziałam matce, że chciałabym mieć ojca. Tylko raz zapytałam ją o tę sprawę. Musiałam być wtedy w przedszkolu, wróciłyśmy tego roku do Stanów i mieszkałyśmy w Hollywood. Gorący, parny dzień, matka była w złym humorze, późno odebrała mnie z przedszkola, musiałyśmy pojechać na targ. Miała wtedy starego datsuna, zapamiętałam gorące, waflowate siedzenie i że widziałam jezdnię przez dziurę w podłodze.
Właśnie zaczęła się szkoła i nasza młoda nauczycielka, pani Williams, spytała nas o naszych ojców. Ojcowie mieszkali w Seattle, Panorama City lub San Salvador, paru nawet nie żyło. Byli prawnikami, perkusistami, instalowali szyby w samochodach.
- Gdzie jest mój ojciec? - spytałam matki.
Rozdrażniona zredukowała bieg, przez co napięłam pas bezpieczeństwa. - Nie masz ojca - odparła.
- Każdy ma ojca.
- Ojcowie nie mają znaczenia. U wierz mi, szczęściara z ciebie. Ja miałam ojca, więc się na tym znam. Zapomnij o tym temacie. - Włączyła radio, głośny rock and roll.
Mniej więcej tak, jakbym była ślepa, a ona powiedziałaby mi, że wzrok jest nieistotny, że lepiej jest nie widzieć. Zaczęłam obserwować ojców, w sklepach, na placach zabaw, jak huśtali swe córki na huśtawkach. Wyglądało na to, że wiedzą, co mają robić, co mi się podobało. Przypominali port, mocno przytwierdzony do stałego lądu, można było czuć się bezpiecznie, a nie wiecznie dryfować tak jak my. Chociaż byłam już wtedy za stara na huśtawki, modliłam się, żeby Barry Kolker został moim ojcem. Ich wymruczane słowa miłości były moimi kołysankami, moim kufrem na wiano. Wkładałam do niego pościel, obóz wakacyjny, nowe buty, Boże Narodzenie, kolacje przy stole, swój własny pokój, rower, wywiadówki. Rok taki sam jak poprzedni, i następny też taki sam, jeden po drugim, i tysiąc bardziej subtelnych i bezimiennych rzeczy, o których wiedzą dziewczyny bez ojców.
Barry zabrał nas czwartego lipca na mecz na Dodger Stadium i kupił nam firmowe czapki. Jedliśmy hot-dogi, piliśmy piwo z papierowych kubków, on tłumaczył jej baseball jakby to był system filozoficzny, klucz do amerykańskiego charakteru narodowego. Barry rzucił pieniądze sprzedawcy fistaszków i złapał torebkę, którą tamten odrzucił. Śmieciliśmy na ziemię skorupami. Z trudem nas poznawałam w czapkach z daszkiem. Byliśmy jak rodzina. Udawałam, że jesteśmy mamą, tatą i dzieckiem. Braliśmy udział w fali meksykańskiej, a kiedy oni całowali się przez całą siódmą rundę, ja rysowałam twarze na orzeszkach. Sztuczne ognie uruchomiły wszystkie autoalarmy na parkingu.
W inny weekend zabrał nas do Cataliny. Na promie miałam ostry atak choroby morskiej i Barry przyłożył mi do czoła zmoczoną w zimnej wodzie chusteczkę i kupił mi cukierki miętowe do ssania. To było cudowne, kiedy patrzył na mnie swymi piwnymi oczami taki zmartwiony, jakby jeszcze nigdy nie widział wymiotującego dziecka. Po dotarciu na miejsce starałam się jak najwięcej zostawiać ich samych, mając nadzieję, że się jej oświadczy, kiedy spacerowali pomiędzy jachtami i jedli krewetki z jednej papierowej tutki.