Książka Marii Barbasiewicz traktuje zatem o sprawach znacznie bardziej poważnych, niż mogłoby się z pozoru wydawać. Starannie wydana, zebrała już sporo przychylnych recenzji jako zbiór ciekawostek i przyjemna rozrywka (z podtekstem – jak dobrze, że dziś nie musimy o tym wszystkim pamiętać! Choć kapeluszy żal…). Materiałami źródłowymi do Dobrych manier… były zarówno ówczesne poradniki savoir-vivre’u jak regulaminy wojskowe, licznie obecnie publikowane opracowania na temat Drugiej Rzeczypospolitej, pamiętniki i prasa, ale tez literatura i film. Kolejne rozdziały, poświęcone manierom wojskowym, ziemiańskiej elegancji i kupieckiej grzeczności, manierom przy stole i wychowaniu dzieci, oraz rozlicznym innym polom minowym ówczesnego życia, systematyzują w pewien sposób ten ogromny, mozaikowy materiał, uciekając gdzieniegdzie w dygresje i wątki poboczne. Otrzymaliśmy w rezultacie książkę na pograniczu popularnonaukowego opracowania i literackiej gawędy, bliżej jednak tego pierwszego.Może przeminęła już epoka
prawdziwych gawędziarzy, a może dobra anegdota jest świadkiem swoich czasów, które trzeba, jak Słonimski, Czajka-Stachowicz, Kopaliński, Starowieyski, po prostu samemu przeżyć. Choć także i dygresje Marii Barbasiewicz prowadzą w bardzo ciekawych kierunkach – na przykład, o wzorcach i antywzorcach zachowań czerpanych z filmów (co prowadziło na podobne manowce, jak bezkrytyczne naśladowanie zachowań ówczesnych i dzisiejszych celebrytów), albo o wpływie Wielkiego Kryzysu na wymogi bon-tonu.