Buty mojego męża.pl

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Witaj! Mam na imię Anka, jestem żoną [alkoholika](https://portal.abczdrowie.pl/objawy-alkoholizm) i prawdopodobnie potrzebuję pomocy. Oboje mamy dość mocno poplątane życiorysy. Ja urodziłam się 25 lat temu parę kilometrów od Wilna, na Litwie. On w przyszłym miesiącu skończy 32 lata, a pochodzi z Dolnego Śląska. Los zetknął nas ze sobą w B., gdzie mieszkamy do dziś. Mój ojciec - którego wbrew wszystkiemu bardzo kocham - odkąd pamiętam, pił i to sporo. Po pijaku awanturował się z byle powodu. Wmawiał mi ciągle, że nie jestem nic warta, że nikt nigdy mnie nie pokocha, aż w końcu chyba sama w to uwierzyłam. Jakby dla potwierdzenia tych słów, w ostatniej klasie podstawówki zakochałam się w pewnym księdzu. Próbowałam popełnić [samobójstwo](https://portal.abczdrowie.pl/depresja-a-samobojstwo).

Nie wiem, czy główną tego przyczyną była z góry skazana na niepowodzenie miłość, czy kłopoty w domu. Minęło parę lat. zawsze byłam prymuską, w pewnym momencie coś jednak pękło - coraz częściej zaczęłam opuszczać zajęcia. Włóczyłam się bez celu po mieście albo siedziałam w czytelni, wertując książki z dziedziny psychologii. W końcu uciekłam z domu. Po paru dniach wróciłam, obiecując sobie i rodzicom, że "nigdy więcej". Jednak dwa miesiące później znów to zrobiłam. Podarowane mi kiedyś przez rodziców złote kolczyki oddałam do lombardu, a za uzyskane pieniądze wykupiłam bilet do B. Wiedziałam, że gdzieś w pobliżu mieści się ośrodek Monaru. Nigdy nie brałam, nie piłam, nawet nie paliłam - nie wiem, dlaczego właśnie tam postanowiłam skierować swe kroki. Nie mieli nic przeciwko temu, bym z nimi zamieszkała.

Właśnie w ośrodku poznałam mego obecnego męża. Tak jak ja pochodził z rodziny, w której za kołnierz nie wylewano. Dość szybko sam poznał smak alkoholu. Potem sięgnął po narkotyki... te z rodziny opiatów... kompot itp. Minęło dziewięć lat, zanim zdecydował się na leczenie. Był jednym z najbardziej gorliwych pacjentów ośrodka. Zaprzyjaźniliśmy się, z czasem przyjaźń zmieniła się w miłość. W pewnym momencie okazało się, że jestem w ciąży.

Pobraliśmy się. Zaczęłam studiować, on znalazł dobrą pracę. Kiedy nasz synek miał półtora roku, postanowiliśmy wyprowadzić się z ośrodka. Od tego czasu wynajmujemy mieszkanie. Z początku wszystko było w miarę dobrze. Mąż kupował sobie piwo tylko od czasu do czasu, nie upijał się. Urodziła się nam córeczka. A tych piw było coraz więcej. Zaczęły się też pojawiać mocniejsze alkohole. Pierwsza noc, kiedy nie wrócił do domu. Za nią kolejne. Kilkutygodniowe okresy względnej abstynencji przeplatane trwającymi parę dni ciągami. Na osiem miesięcy zabrano mu prawo jazdy (wtedy jeszcze prowadzenie pojazdu "w stanie nieważkości" nie było przestępstwem). Obiecywał poprawę, dalej jednak robił swoje. W tym czasie skończyłam studia. Pół roku temu urodziłam kolejną córeczkę. Mego męża trzeźwego zobaczyć można było coraz rzadziej. Zaczęłam się zastanawiać, czy by go nie zostawić.

Trzydniowa nieobecność przepełniła czarę goryczy.
W końcu zadzwonił, mówiąc, że jest na odtruciu. Wieczorem pojechałam tam po niego. Gdy wróciliśmy do domu, zablokowałam drzwi. Cały następny dzień miotał się po mieszkaniu, wyszukując wciąż nowe preteksty, by móc je opuścić. Sama nie wiem, skąd wykrzesałam w sobie tyle siły - nie uległam, nie otworzyłam drzwi.

Wieczorem tylko pojechaliśmy do kliniki na kroplówkę. Wtedy postanowił wszyć sobie esperal. Było to dokładnie pięć dni temu. Zdaję sobie sprawę z tego, że esperal to za mało. W poniedziałek idziemy: ja - na spotkanie AI-Anon, on - na mityng AA. Mój mąż nie traktuje tego serio - twierdzi wciąż, że nie jest alkoholikiem. A ja... czuję się bardzo zagubiona. Od paru dni intensywnie czytam teksty zamieszczone na stronie poświęconej alkoholizmowi. Nie wiem, co robić, by podtrzymać w moim mężu chęć życia w trzeźwości... jego picie w tak znaczącym stopniu zaprogramowało nasze relacje, że teraz - kiedy utrzymuje abstynencję - nie wiem, jak się zachowywać. I bardzo się boję... wiem, że jeśli zechce, po prostu zapije tę wszywkę.

Pozdrawiam, Anka

Aniu, Twoja historia jest bardzo smutna i bardzo mnie poruszyła. W tej chwili właśnie wróciłam do domu po kilkudniowym wyjeździe z rodziną i sprawdzam pocztę, a na dłuższe odpisywanie nie mam czasu. Obiecuję jutro długi list, zwłaszcza że postawiłaś wiele niezadanych pytań, a ja chciałabym na wszystkie jak najdokładniej odpowiedzieć. Chcę Ci tylko powiedzieć, przed jutrzejszym listem jeszcze, że mimo straszliwie ponurego życia, mimo garbu przeszłości - jesteś w dobrym punkcie, by wszystko zacząć raz jeszcze.

W Twoim liście jest dużo strachu i samotności, ale jest też dużo determinacji i nadziei. Prawdę mówiąc, więcej niż w większości listów, które do tej pory czytałam. T o po prostu prawda, że ktoś, kto zaliczył dno, może już teraz tylko wspinać się wyżej. Jest w Tobie szczerość i otwartość, której nie wolno Ci zatracić. Jest w Tobie determinacja, chęć zapanowania nad swoim życiem i miłość, która wydaje się czymś więcej niż kompilacją zatracenia i ułudy. Jest też w Tobie siła, której Ci zazdroszczę. Mimo braku wsparcia, mimo dojmującej samotności i konieczności bycia odpowiedzialną za trójkę maluśkich dzieci - masz w sobie siłę, która pomoże Ci przebrnąć przez to, co najgorsze, i zapanować nad własnym życiem.

Czy mąż też podoła temu wyzwaniu - nie wiem. Jest narkomanem, teraz dodatkowo jeszcze alkoholikiem. To jak wyrok, ale sama ostatnio spotkałam od wielu lat niewidzianego znajomego, który od prucia hery stracił zęby - od dwóch lat jest czysty. Żadnych narkotyków, alkoholu, piwka, nawet papierosów. Prawie czterdziecha na karku - i żyje. To, że Twój mąż oficjalnie nie przyznaje się do bycia alkoholikiem, to normalne w jego sytuacji.

Dla mnie wszywa, zapicie, odtrucie- to oznaki fazy krytycznej, jeśli nie terminalnej. Dla niego - potknięcie. Ale to normalne, on zaprzecza. Jest za szybą, za którą tworzy swój świat. Ktoś mu tę szybkę nadtłukł, a on nie ma środków, by dziurę załatać, więc głośno krzyczy, że wszystko jest w porządku. W ten sposób czuje się bezpieczniejszy. Bo jego świat się wali i on to czuje. Ukochana żona zamknęła drzwi. Prowadzi za chabety na jakiś mityng. Ona jest wrogiem! A w dodatku z tym piciem zaczyna mu być źle - inaczej nie zgodziłby się na nic. To dobry początek. Patrz na swoje dzieci - one nie muszą przerabiać tego, co Ty, prawda? Jest szansa, że mąż to też zobaczy.

Oboje jesteście dorosłymi dziećmi alkoholików. Oboje dźwigacie swoje garby. To motywuje do zmian w życiu. Nie bój się, poradzisz sobie. Kto wie, może poradzicie??

Pozdrawiam - Agnieszka ###Witaj! Nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi. Dziękuję...

To po prostu prawda, że ktoś, kto zaliczył dno, może już teraz tylko wspinać się wyżej.

Wciąż sama sobie to powtarzam...

Jest w Tobie szczerość i otwartość.

Wątpię jednak, czy potrafiłabym to wszystko powiedzieć, gdybyśmy się spotkały twarzą w twarz. Posługiwanie się słowem pisanym nie sprawia mi żadnych trudności... od lat współpracuję z różnymi pismami, na studiach redagowałam nawet własny miesięcznik. O wiele gorzej z wypowiadaniem się w czyimś towarzystwie. Rozmowę w cztery oczy jeszcze wytrzymam, kiedy jednak jest więcej osób...

Na uczelni stale miałam zaniżane oceny, bo się nie odzywałam na zajęciach.

Mimo braku wsparcia, mimo dojmującej samotności i konieczności bycia odpowiedzialną za trójkę maluśkich dzieci - masz w sobie siłę, która pomoże ci przebrnąć przez to, co najgorsze, i zapanować nad własnym życiem. Czy mąż też podoła temu wyzwaniu - nie wiem. Jest narkomanem, teraz dodatkowo jeszcze alkoholikiem.

Niedługo minie dziewięć lat, odkąd mój mąż przestał brać. Nie pali, choć zanim trafił do ośrodka, papieros był nieodłącznym towarzyszem jego życia. Nadużywa za to alkoholu. . . no, od paru dni jest "czysty". Zatopił się po uszy w pracy i myśli, że wszystkie kłopoty ma już za sobą. W skrócie sprawy mają się następująco: ja - na utrzymaniu męża, troje małych dzieci (Tomek w tym roku idzie do zerówki, Weronika j esienią skończy trzy latka, Natalka ma pół roczku), oddaleni o setki kilometrów rodzice nie za bardzo się orientują w naszej sytuacji (może to i dobrze ), zero bliższych znajomych, nie mówiąc już o przyjaciołach - im bardziej się wszystko waliło, w tym większą popadaliśmy izolację. A małżeństwem jesteśmy od sześciu lat...

Jest za szybą, za którą tworzy swój świat. Ktoś mu tę szybkę nadtłukł, a on nie ma środków, by dziurę załatać, więc głośno krzyczy, że wszystko jest w porządku. W ten sposób czuje się bezpieczniejszy. Bo jego świat się wali i on to czuje. Ukochana żona zamknęła drzwi. Prowadzi za chabety na jakiś mityng. Ona jest wrogiem! A w dodatku z tym piciem zaczyna mu być źle - inaczej nie zgodziłby się na nic. To dobry początek.

Mój mąż należy raczej do grona osób bezkonfliktowych. To ja, powielając znane z dzieciństwa schematy, awanturowałam się za każdym razem, gdy wracał pijany do domu. Złościłam się... mimo to zawsze przygotowywałam mu obiad, utrzymywałam w nienagannym stanie jego garderobę i (z trudem opanowując odczuwany w takich momentach wstręt) zgadzałam się na seks. Na początku nawet chodziłam do sklepu po piwo, kiedy mnie o to prosił. Przed pracodawcą tylko nie musiałam usprawiedliwiać jego licznych (szczególnie w ostatnim okresie) wybryków - sam wymyślał coraz bardziej niedorzeczne wymówki. I to właśnie strach przed utratą pracy zmusił go do wszycia esperalu.

Nie wiem, co będzie dalej. Wiem, że jeśli i tym razem się nie uda, spróbuję jeszcze raz... będę próbowała aż do skutku. Żebym tylko miała świadomość, że nie jestem sama. Moi przyjaciele rozpłynęli się gdzieś w czasoprzestrzeni. Jedni wcześniej, drudzy później... niektórzy po prostu mnie zostawili na rozdrożu, kiedy się okazało, że nie za bardzo przystaję do ich wyobrażeń o mnie.
A ja... wciąż żyję.
Pozdrawiam, Anka

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ