Zakładając, że znamy Capote’a z dwóch jego najbardziej znanych utworów – Z zimną krwią i * Śniadania u Tiffany’ego* – wiemy już, że doskonale radził sobie zarówno z literaturą faktu, jak i ze stuprocentową beletrystyką. Teraz z łatwością zorientujemy się, że potrafił bardzo sprawnie lawirować między gatunkami, mieszać prawdę z fikcją, wplatać w opowiadania fragmenty stylizowane na dialogi sceniczne, a w impresje z podróży kawałki dziennika (zresztą kto wie, czy prawdziwego, czy powstałego tylko dla potrzeb danego tekstu?). I dyskretnie podrwiwać sobie zarówno z osób trzecich, jak i z samego siebie. Momentami to bywa męczące, zwłaszcza gdy trudno się zorientować, czy przypadkiem i z nas nie robi sobie żartów, jak w ucharakteryzowanej na reportaż kryminalny – a zapewne całkowicie fikcyjnej – historii „Ręcznie strugane trumny”. Czytelnik,
zaintrygowany, przedziera się przez siedemdziesiąt stron rzekomych wywiadów i komentarzy, by na końcu dowiedzieć się, że… niczego się nie dowie! Albo jak w „Dniu pracy”, w którym na początku gotowi bylibyśmy przysiąc, że mamy do czynienia z literaturą faktu opiewającą ciężką pracę sprzątaczki, lecz w połowie tekstu rzekomy reportaż zamienia się w groteskową scenkę, w której Mary i Truman, naćpani po uszy, wyżerają zapasy z lodówki chlebodawców kobiety i odstawiają na środku pokoju obłąkańcze tańce… Albo gdy, jak w „Błysku”, autor-narrator kreuje się na małoletniego cynicznego drania, który kradnie babce pamiątkowy naszyjnik, by zapłacić nim kobiecie podejrzanej konduity za domniemane „czary”, później zaś z zimną krwią ignoruje staruszkę, bo „każde wspomnienie o babce, każdy jej list i każda myśl o niej przywoływały wizję pani Ferguson”… Nawet jeśli przyjąć, że tego rodzaju historie są czystą fikcją, dla sporej grupy czytelników okażą się nieprzyjemne, by nie powiedzieć: odpychające. Nie musi się też wydać
całkiem sympatyczny nieustanny przekąs, z jakim autor spogląda na bohaterów najdłuższego w zbiorze (127 stron) tekstu „Słychać muzy”, opowiadającego o niezwykłym przedsięwzięciu – wystawieniu w Moskwie opery „Porgy and Bess” w roku 1955; choć oczywiście trzeba przyznać, że to nagromadzenie zabawnych czy nieco absurdalnych sytuacji, wynikających z długotrwałego przebywania grupy co najmniej ekscentrycznych osób na dość ograniczonej przestrzeni, jak i z samego faktu zetknięcia się amerykańskich artystów ze światem za żelazną kurtyną, zasługiwało na sportretowanie.