Otwarciu cyklu Greveta brakuje nieco oryginalności - to kolejna postapokaliptyczna dystopia, jeszcze jedna wizja autorytarnej społeczności. W Domu mieszkają wyłącznie chłopcy, których dojrzewanie jest maksymalnie opóźniane farmakologicznie. Dzieli się ich na grupy według wieku, nie mają wspomnień z okresu poprzedzającego trafienie do Domu. Nie mają także czasu, by zastanawiać się nad swoją przeszłością bądź przyszłością, bo każda minuta każdego dnia jest wypełniona rozmaitymi zajęciami. Na lekcjach wkuwają i notują, nie wolno im jednak zadawać pytań. Wszelka refleksja jest nie tylko niemile widziana, ale wręcz niebezpieczna. Środków represji, z których najłagodniejszym jest ograniczenie racji żywnościowych, nie brakuje. Premiuje się natomiast donosicielstwo. Wszystko to już było, i to wielokrotnie. O świecie zewnętrznym nie dowiadujemy się w tym tomie zbyt wiele, asceza w tym względzie należy moim zdaniem do głównych wad utworu. Meto, buntownik, również jest kolejnym w szeregu podobnych protagonistów,
katalizatorem zmiany.