Czas jak rzeka

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Rozdział 3 ###Malaguena to tu. Festiwal w Szczecinie 1960-1962

Co wtedy, przed Niebiesko-Czarnymi, śpiewał swym kolegom i koleżankom, które zafascynowane jego głosem, indywidualnością i wyglądem fizycznym słuchały go w zachwycie. Piosenki latynoskie, ale także piosenki rosyjskie, dumki, ballady, które zapamiętał z dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonej w Wasiliszkach. Te ludowe piosenki z orientalnymi melizmatami, ze słowami opiewającymi dalekie strony i nieszczęśliwe na ogół miłości, wywoływały zadumę, przynosiły słodko-gorzkie wspomnienia.

Zresztą w takich spokojnych, nastrojowych balladach Wydrzycki, a potem Niemen, zawsze czuł się najlepiej. Gdy prześledzimy jego repertuar w Niebiesko-Czarnych czy w Akwarelach, odkryjemy, że w jego muzyce zawsze znacznie więcej było ballad niż szybkich utworów rockand-rollowych. Dziś, wspominając Niemena, też częściej myślimy o takich piosenkach, . jak Czas jak rzeka, "Wiem, że nie wrócisz, Czy mnie jeszcze pamiętasz, Pamiętam ten dzień, niż o Nie bądź taki Bitels czy Zabawa w ciuciubabkę.

W roku 1954 powstał teatrzyk Bim-Bom - jego założycielem był późniejszy reżyser, scenograf, scenarzysta, a wówczas student jednej z gdańskich uczelni artystycznych, Wowo (Włodzimierz) Bielicki - a wśród gwiazd teatrzyku znaleźli się m.in. Zbyszek Cybulski i Bobek Kobiela.

Bim-Bom wystawiał większe formy, natomiast w małych, kameralnych specjalizował się kabaret To Tu, założony w roku 1957, również przez Wowo Bielickiego, z udziałem m.in. Tadeusza Chyły, Jacka Fedorowicza, Jerzego Afanasjewa i jego żony Alicji. W Bim-Bomie występowało kilkanaście osób, w To Tu zaledwie kilka. To był kabaret stylistycznie związany głównie z liryką francusko-włoską, bo dzieła i dziełka z tamtych stron stawały się wówczas w Polsce modne, znane i lubiane.

W czasie gdy do naszej kultury (przy okazji także muzyki rozrywkowej) utwory anglo-amerykańskie ze względów politycznych nie miały prawa wstępu, włoszczyzna i francuszczyzna triumfowały: w kabaretach, literaturze, na scenie, estradzie, w muzyce i w programach Polskiego Radia. Organizatorzy i twórcy Bim-Bomu i To Tu otrzymali od Zrzeszenia Studentów Polskich położony w centrum Gdańska dom, zajmowany ongiś przez Namiestnika Ligi Narodów Wolnego Miasta Gdańsk, i tam powstał Międzyuczelniany Klub Żak. To była oficjalna siedziba Bim-Bomu, choć przedstawienia tego teatrzyku odbywały się głównie w sali Teatru Lalek.

W kawiarni Żaka Wowo stworzył nowoczesną, ale i przytulną scenkę, w której prezentowano małe formy. Kabaret To Tu był skrzyżowaniem modernizmu z finde siecle' em - czymś uroczym, skromnym, pełnym wdzięku, pogodnego humoru i piosenki.

"Któregoś dnia - wspomina Wowo Bielicki - przyprowadzono mi młodego chłopaka, który śpiewał przy gitarze, był bardzo skromny i nieśmiały. Prosił o przesłuchanie i ewentualną możliwość pośpiewania w To Tu. Przesłuchałem go natychmiast i okazało się, że był to chłopiec niesłychanie muzykalny; który śpiewał czysto, a do tego obdarzony był własnym stylem, choć zagranicznym repertuarem. Był wtedy na etapie umiłowania muzyki latynoskiej i takie tylko piosenki śpiewał na próbach, a potem na koncertach. Jednym z naszych pianistów był wtedy Włodzimierz Nahorny i obaj muzycy - o ile pamiętam - jakoś współpracowali. Czesław za takie śpiewa i nie, kilka razy w miesiącu, otrzymywał skromne pieniądze, które na pewno przydawały mu się w tych ciężkich czasach. Był tak zorganizowany, że gdy przychodził na próbę, każda jego piosenka była zrobiona tip-top, od początku do końca, i o nic nie można się było przyczepić. Nie był człowiekiem konfliktowym i nigdy z nikim się nie kłócił. Był zan1knięty w sobie i przy tym bardzo
skromny; a muzykę to chyba czuł w sobie od urodzenia. Potem został złapany przez Franka Walickiego i usłyszałem go dopiero po paru latach, gdy już śpiewał w Niebiesko-Czarnych".

Po szkole muzycznej kabaret To Tu był następnym etapem Życia i kariery Czesława, jeszcze wtedy Wydrzyckiego. Prócz śpiewania nadal stroił fortepiany, naprawiał instrumenty muzyczne, czasami chałturzył z Nadolskim na różnych imprezach w Żaku i innych lokalach Trójmiasta. Ale Żak był wtedy jego przystanią i właśnie z Żaka wystartował w daleki świat. O spotkaniu z Czesławem w roku 1962 i jego konsekwencjach opowiada Franciszek Walicki, wówczas szef działu kulturalnego w "Głosie Wybrzeża": "Moje zainteresowania zawsze dotyczyły kultury młodzieżowej czy raczej subkultury młodzieżowej. Nic więc dziwnego, że dość często odwiedzałem Żaka, który mieścił się niedaleko od mojej redakcji. Tam działali Cybulski, Kobiela, tam działo się wiele ciekawego, tamto miejsce było wylęgarnią młodych talentów; nie tylko zresztą muzycznych. Pewnego dnia, gdy siedziałem sobie spokojnie w żakowskiej kawiarni, podszedł do mnie Wowo Bielicki i powiedział, że w kabarecie To Tu występuje pewien młody człowiek, Śpiewający sobie przy
akompaniamencie gitary.

Działo się to w roku 1962, kiedy trwały przygotowania do pierwszego Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Zostałem wtedy jurorem, kwalifikującym uczestników do tego festiwalu, pochodzących z naszego województwa. Nic dziwnego, że od razu zainteresowałem się tym młodym człowiekiem. Wowo nas sobie przedstawił, a potem posłuchałem, jak ten młody chłopiec śpiewa. Występował na scenie z dwoma kolegami, ale to nie miało nic wspólnego z rock and rollem, więc pomyślałem sobie - bo jego głos bardzo mi się spodobał, że muszę go przekabacić na rockandrollową modę. Zaprosiłem go do wzięcia udziału w eliminacjach do szczecińskiego festiwalu trochę się krygował, pytał czy będzie śpiewał sam, czy z zespołem, ale ostatecznie zgodził się wystąpić. Po paru dniach odbyły się przesłuchania, na których Czesław zaśpiewał Malaguenę i El Soldado.

Co charakterystyczne, widziałem podczas tego występu dziewczyny, które zasłuchane były w jego piękny, wysoki głos. Pojechaliśmy do Szczecina całą grupą - wraz z Niebiesko-Czarnymi, którzy mieli tam wystąpić jako zespół gitarowy, i z Markiem Szczepkowskim, który miał śpiewać w konkursie dla wokalistów. Jechaliśmy na koszt klubu Żak, jako jego reprezentacja, naturalnie pociągiem, drugą klasą, w wielkim tłoku, bo na ten pierwszy festiwal waliła młodzież z całej Polski. Zakwaterowaliśmy się w jakimś akademiku i czekaliśmy na nasze występy konkursowe, które odbywały się na tamtejszych kortach tenisowych.

Czesław nie odniósł wtedy może oszałamiającego sukcesu, ale bardzo spodobał się jurorom, którzy zakwalifikowali go do Złotej Dziesiątki festiwalu. Podobał się chyba bardziej I jurorom niż publiczności, która spragniona była rockandrollowych piosenek. Zaśpiewał najpierw Malaguenę, a potem, gdy zaczął śpiewać kolejną piosenkę w latynoskiej stylistyce, widzowie nieco protestowali, prosząc o rock and roll. I wtedy z estrady padły słynne słowa konferansjera, Jana Świącia: - Kolega Czesław jest mistrzem wyróżnionym, kolega mistrz będzie sam decydował, co ma śpiewać".

O swych zainteresowaniach muzyką latynoską Niemen opowiadał w roku 1997 Grzegorzowi Brzozowiczowi z miesięcznika "Machina": "Moja fascynacja muzyką latynoską nie trwała długo. Zaczęły do nas docierać płyty rockandrollowe i rhythm-andbluesowe. Bardziej mnie zachwycił Ray Charles niż Elvis Presley. Tyle że jego sposób śpiewania był dla mnie nie do ruszenia. Miałem zupełnie inny głos. Nigdy nie byłem dobrym naśladowcą, a własny styl tak naprawdę zawdzięczam temu, że nie wychodziły mi próby naśladowania innych".

Na razie jednak (śpiewał piosenki latynoskie, prócz wspomnianych także piękną melodię z filmu Czarny Orfeusz Louisa Bonfy i Ave Maria No MorIo. Po zakwalifikowaniu do Złotej Dziesiątki w Szczecinie wziął udział - wraz z innymi młodymi talentami - w cyklu koncertów z Czerwono-Czarnymi ( to mało znany epizod z jego życia). Dopiero pod koniec tej dwumiesięcznej trasy, która trwała całe wakacje 1962 roku, publicznie, na estradzie zaśpiewał po raz pierwszy piosenkę amerykańską ze światowego repertuaru zespołu The platters.

Był to utwór My prayer, którego nauczył się ze słuchu, w czasie przerwy między koncertami. Wojciech Gąssowski tak wspomina ten okres: "Właściwie cały czas przebywaliśmy razem - Czesław, Michaj Buran o i ja. Tworzyliśmy takie trio, które w pokojach hotelowych po koncercie grało sobie i śpiewało różne piosenki. Trochę podśmiewaliśmy się z Czesława, a raczej z jego repertuaru - bo przecież wszyscy zafascynowani byli rocK and rollem, podczas gdy on śpiewał piosenki latynoskie.

Wołaliśmy na niego Mexicana, ale on wcale się za to na nas nie obrażał. W ogóle był skromny, cichy, małomówny, stał nieco z boku, ale wydaje mi się, że już wtedy znał swoją wartość. (...) W latach późniejszych wielokrotnie spotykałem się z Czesławem na różnego rodzaju wspólnych koncertach i imprezach towarzyskich. Na Żoliborzu mieszkaliśmy blisko siebie, niemal na tej samej ulicy. Pamiętam, że pewnego dnia, po śmierci basisty Czerwono-Czarnych Wiesława Katany, wszyscy muzycy z tego zespołu zjechali się do Warszawy i razem odwiedziliśmy Czesława w jego domu. Wtedy też obejrzałem tę słynną mansardę, którą sam zbudował i w której tyle pracował".

Wróćmy jednak do dni festiwalu szczecińskiego. Kilka lat temu od jednej z fanek zespołu Czerwono-Czarni otrzymałem duży zeszyt, właściwie skoroszyt, w którym wklejone były zdjęcia i artykuły związane z I Festiwalem Młodych Talentów w Szczecinie. Przeważały tam materiały dotyczące Czerwono-Czarnych, ale pośród innych fotografii odkryłem małe zdjęcie Czesława.

Z wąsikiem, z zakolami nad czołem w dżinsach i sweterku wyciętym w modny serek. Stoi, a właściwie tańczy na scenie. To chyba jego pierwsze publiczne zdjęcie w akcji. A pod zdjęciem talu podpis: "Ten młody człowiek, stroiciel fortepianów; nie śpiewa ekscytującego nastolatków rock and rolla. Śpiewa pieśni Ameryki Łacińskiej, a- jak twierdzą fachowcy - niewielu jest w świecie młodych ludzi, nawet za oceanem, którzy by robili to lepiej od niego I jego klasę oceniły nastolatki długo niemilknącą owacją".

Festiwal w Szczecinie odbywał się od 29 czerwca do 1 lipca 1962 roku. W składzie jury byli m.in. Jacek Nieżychowski, główny pomysłodawca i organizator festiwalu, oraz Wojciech Giełżyński i Stefan Bratkowski, dziennikarze z tygodnika "Dookoła Świata", który to tygodnik patronował konkursowi pod hasłem: Szukamy Młodych Talentów.

Oto pełna lista nagrodzonych: kategoria zespołów - Niebiesko-Czarni, Luxemburg Combo, Piotruś; kategoria zespołów wokalnych - Krzysztof Klenczon i Karol Wargin, Ewa Torlachid u i Sula Teodoziadu, Leszek Patalas, Piotr Kuźniak i Małgorzata Kuźniak; Złota Dziesiątka (a właściwie piętnastka) wokalistów- Jerzy Barankiewicz, Anna Cewe, Wojciech Gąssowski, Ryszard Kania, Wojciech Kędziora (Korda), Helena Majdaniec, Jerzy Malota, Sława Mikołajczyk, Elżbieta Nycz, Grażyna Rudecka, Karin Stanek, Jacek Ukleja, Marek Szczepkowski, Jerzy Weisbeck i Czesław Juliusz Wydrzycki.

Wybrane dla Ciebie
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE