Tak wąsko rozstawiwszy figury, pisarka sama pozbawiła się większego pola manewru. Ani razu nie wychodząc poza przedstawiony schemat, a zarazem nie mając żadnego nie-elfiego wątku, który mógłby go jakoś równoważyć, skazała siebie na powtarzalność, a czytelnika – na znużenie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek sformułuję taką opinię o autorce, której styl snucia opowieści tak mnie swego czasu ujął i zachwycił – właśnie swą powolnością, koncentracją na szczególe, wewnętrznym skupieniem, pewną dozą autocelebry i quasi-wiktoriańską pompatycznością. Tym niemniej faktem pozostaje, że to, co w powieści sprawdziło się doskonale – być może dlatego, że wsparte było większą różnorodnością wątków, czy po prostu lepszą koncepcją całości – w opowiadaniach jest jak krępujący ruchy muł, przez który z każdym kolejnym tekstem coraz trudniej się przedzierać. A i chęci, by brnąć dalej, coraz to mniej. Być może każdy tekst z osobna, umieszczony w jakiejś antologii, doskonale by się obronił. Jednak sąsiadując ze sobą, czytane za
jednym zamachem, działają one wzajemnie na swoją niekorzyść. Osiem różnych wariacji tego samego pióra na ten sam temat to co najmniej o sześć za dużo.