Do ostatniego salutu banderze
1 MIĘDZY WYSPAMI Torpedowiec Jego Cesarskiej Wysokości 521 cumował przy molo w Sebenico, pośród dziewięciu innych towarzyszy należących do tego samego dywizjonu. Wszystkie te jednostki znajdowały się przez całą noc na morzu, poszukując nieprzyjacielskich okrętów, których obecność zameldował jeden z posterunków obserwacyjnych. Jednak do spotkania z wrogiem nie doszło.
Torpedowce węszyły daleko w głębi Adriatyku, ich załogi wypatrywały oczy, ale, ponownie rozczarowane, musiały wracać do domu pokonując Incoronate, nagie, skaliste wysepki, których pełno przed wejściem do portu Sebenico.
Incoronate można by nazwać "archipelagiem tysiąca wysp", tyle było tu ich rozrzuconych wokół. Miejscowi opowiadali, iż pewnego razu wzdłuż wybrzeża kroczył olbrzym, niosąc wielki wór pełen kamieni. Naraz zauważył, że po drodze w worku zrobiła się dziura i połowa kamieni wypadła. W wybuchu złości wysypał pozostałe pod Sebenico i odszedł. Były to zarówno małe, jak i wielkie skały - takie które tworzyły solidne wyspy z górami. Tam umieszczono teraz posterunki sygnalizacyjne, mające wgląd daleko w głąb otwartego morza.
Były też i maleńkie skały, ledwie wystające ponad lustro wody, jak również takie, które w czasie przypływu chowały się pod wodą, zamieniając się w niewidoczne rafy. Okręty musiały ostrożnie je omijać, jeżeli nie chciały rozedrzeć sobie burty o ich ostre, kanciaste krawędzie podczas pokonywania wąskich, wijących się przesmyków. Wyspy wyglądały na nagie i dzikie, ale przecież znaleźli się ludzie, którzy tam zamieszkali. Z każdego miejsca w dolinie, czy na zboczu, gdzie tylko pojawił się mały płachetek czerwonej ziemi, mieszkańcy ci zebrali pieczołowicie wszystkie kamienie. Oczyszczona płacheć ziemi, nie większa od pokoju, była tutaj nazywana polem.
Zebrane kamienie układano wokół pól w niewysokie mury, które chroniły przed wiatrem wywiewającym drogocenną glebę, lub przed deszczem, który mógł ją wypłukać. Mury rosły warstwa po warstwie, podwyższane przez każde kolejne pokolenie. Przecinają dzisiaj większe wyspy bądź długimi prostymi odcinkami, bądź też wiją się na zboczach. Tworzą jednocześnie granice łąk, na których wypasają się kozy i owce, pracowicie poszukujące pożywienia pośród krzewów jałowca i jeżyny, dzikich szparagów oraz jałowców.
Obok chat, rozrzuconych wokół wybrzeży niewielkich zatok, rosło zazwyczaj kilka drzew figowych i oliwnych. Ich korzenie musiały sięgać głęboko w ziemię, omijając kamienie i skały, aby znaleźć tam pożywienie i wodę podczas upalnego lata, gdy promienie słońca wysuszały glebę.
To ubogi kraj kamienie, kamienie, nic tylko kamienie. Bezbarwny krajobraz. Dla ludzi z północy, którzy przywykli do świeżej, majowej zieleni młodych buków, do soczystej zieleni łąk, do intensywnej zieleni lasów w lecie, srebrzyście połyskujące oliwki i ciemne cyprysy w ogóle nie wydają się być zielone. Dla nich pojawia się zupełnie nowego rodzaju odczucie barw - niebieski we wszystkich jego odcieniach. W błękicie można się wprost pławić - w górze niebo, wokół bezmiar morza - a jedyną odmianą są skrzące się w górze białe, letnie obłoki, oraz błyszczące w dole wapienne skały. Ich biel bywa jedynie lekko złamana zielono szarym lub czarno zielonym cieniem Bosco.
Zdaje się jednak iż natura, pozbawiając oczy człowieka jednych doznań, chce mu wynagrodzić w dwójnasób innymi: cały kraj bowiem pachnie - na wiele mil wokół rozchodzi się zapach jałowca, tymianku, mirty, rozmarynu!
Rejs pomiędzy wyspami z ich licznymi małymi i większymi zatokami, w których roi się od ryb, jest wspaniałym przeżyciem. Najpiękniejsze są jednak bezwietrzne noce, które na zawsze zapadają w pamięć.
Przez całą noc pojawiają się wokół czerwone lub białe błyski latarni morskich, ostrzegających swoim światłem przepływające statki. A z licznych zatok po zapadnięciu zmroku wypływają nieprzeliczone łodzie rybackie. Niektóre pod żaglami ciągną za sobą wielkie sieci, inne poruszają się niemal bezszelestnie dzięki wiosłom obsługiwanym na stojąco przez załogę, a wszystkie one przeszukują powierzchnię wody silnymi latarniami. Na dziobie każdej łodzi stoi rybak z fossiną w ręku, czyli ostrym harpunem o zębatym ostrzu i wypatruje mątw, kałamarnic i innych morskich stworzeń.
Podczas opuszczania przystani rybacy zawsze śpiewają swoje tradycyjne pieśni: ballady z niekończącą się liczbą zwrotek, pełne pasji, dzikie pieśni wojenne lub łagodne, tęskne pieśni miłosne. Wyciągnięte, płynące w dal tony niezwykłych melodii, rozbrzmiewają w uchu człowieka z północy skrywaną miłością, cierpieniem i tęsknotą dumnego, przez stulecia zniewolonego narodu. I pomimo tego, iż nie znamy słów, doskonale rozumiemy smętną tęsknotę tych ludzi za ich wspaniałą przeszłością, co w swoisty sposób porusza nasze serca.
Jak cichy akompaniament brzmiał wielosetgłosowy koncert cykad, a lekka wieczorna bryza niosła ze sobą zapach lądu - oszałamiająco silny i słodki. Tak więc, noce spędzane wśród wysp, zamieniały się dla każdego w niezwykle bogate, niezapomniane przeżycie.
Do tego spokojnego świata wdarła się teraz wojna. Rejsy pomiędzy wyspami zmieniły się nie do poznania. Choć łagodne nocne powietrze ciągłe jeszcze wypełniał dźwięk cykad i aromat lądu, nikt nie miał już czasu, aby zwracać na to uwagę. Śpiewy umilkły, ponieważ łowienie ryb zostało zabronione, a mężczyźni znaleźli się na wojnie.
Jeżeli wcześniej pływanie po tych wodach ze względu na liczne mielizny i rafy nie było zbyt przyjemne, to teraz stało się w najwyższym stopniu niebezpieczne. Pomiędzy wyspami zalegały miny, a w każdej chwili mógł się pojawić peryskop nieprzyjacielskiego okrętu podwodnego lub samolot załadowany bombami. Noce stały się szczególnie niebezpieczne: zabrakło świateł latarni morskich! Wygasiła je wojna. Marynarze, pływając pośród wysepek i skał, zwykle przy zachmurzonym niebie i niespokojnym morzu, zdani byli teraz wyłącznie na siebie.
I oto marynarze znaleźli sposób na to, jak sobie pomóc - pomoc ta nadeszła ze strony samych wysp. Większość z nich rzucała się natychmiast w oczy z uwagi na niezwykłe kształty. Ich ostre sylwetki odcinały się na tle nocnego nieba i ułatwiały marynarzom orientację. Nie chce się wierzyć, iż rzeczywiście każda wyspa, rafa czy skała miała własną nazwę, a wśród nich znalazły się takie, których nikt nie zapomni, które musiały przewinąć się w każdej rozmowie podczas ciemnych nocy lub sztormowej pogody. Były to Skulj, Kurbavela i Tetevisnjak - wyspy, przed którymi należy uchylić kapelusza, ponieważ często to tylko dzięki ich obecności torpedowce mogły odnaleźć właściwą drogę, gdy dmuchał sirocco lub bora, a oni musieli obrać właściwy kurs, pozbawieni świateł latarni podczas ciemnych nocy.
Tak było i dzisiejszej nocy, kiedy okręty ponownie powróciły do bazy z bezowocnego rejsu pośród wysepek.
U-BOOTY W MORZE! Torpedowce zabunkrowały węgiel, a następnie zostały umyte za pomocą parowej pompy. Burty, pokład, nadbudówki, działa i aparaty torpedowe. Najpierw okręt, później załoga. Pył węglowy wciskał się wszędzie, także pod powieki zmęczonych całonocnym czuwaniem oczu. Wszystkich morzył sen, ale piekące powieki nie pozwalały na zamknięcie oczu. Dlatego też wszyscy zebrali się na molo i omawiali przebieg ostatniego rejsu.
Od strony wysp zbliżały się łodzie żaglowe. Ciężkie i masywne jednostki tworzyły lokalną komunikację. Przywoziły ser owczy, ryby i wódkę, a ich załogi kupowały w mieście cukier, tytoń i wszystko, co tylko było potrzebne ich właścicielom.
Ponieważ wiał tylko słabiutki wiatr, łodzie musiały poruszać się z pomocą wioseł. Przy sterze zawsze stał mężczyzna, podczas gdy kobiety poruszały długie, ciężkie wiosła. Również one cumowały łódź i zrzucały żagiel. Zupełnie tak samo było w Czarnogórze. Kiedy Czarnogórcy przybywali do Cattaro na jarmark, mężczyzna zawsze siedział na ośle, a kobieta biegła obok, dźwigając na grzbiecie wszystkie manatki.
Jeden z oficerów podszedł do mężczyzny, który rozsiadł się na nadbrzeżnym pachole i przypatrywał się kobietom rozładowującym jego łódź.
- A ty? Zupełnie nic nie robisz? Pozwalasz na pracę wyłącznie kobietom?
- Nista? Spavam za zenu!
Jednak nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Wszyscy mężczyźni byli świetnymi marynarzami i rybakami, a także rolnikami uprawiającymi swoje poletka ziemi, którymi nie zainteresowałby się żaden gospodarz z nizin. Ich największym marzeniem była emigracja do Ameryki, gdzie mieszkali już ich bracia i wujowie, a następnie powrót z górą dolarów, co umożliwiłoby im budowę domów z prawdziwego zdarzenia.