Droga na Kreml

W 2014 roku Wiaczesław Wołodin, główny strateg polityki Kremla stwierdził, że Putin to Rosja i nie ma Rosji bez Putina. Nowy car - jak w tytule swojej książki nazwał Władymira Putina Steven Lee Meyer - uczynił z siebie symbol odrodzonej Rosji. Mit ten za wszelką cenę trzeba było podtrzymać, nie przyznając się do błędów - tylko w kulcie władzy przywódca i państwo to jedno. Przez wszystkie lata spędzone na szczycie skupiał się na przywróceniu Rosji dawnego miejsca wśród mocarstw świata. Z początku zachowywał nawet pozory liczenia się z "uniwersalnymi" wartościami wyznawanymi - przynajmniej oficjalnie - przez państwa zachodnie, od demokracji po rządy prawa.

1 z 14Rosja to on

Obraz
© AFP

Obecnie wygląda na to, że przestał się nimi przejmować. Putin, zamiast wskrzeszać Związek Radziecki czy carskie imperium, od lat pragnął zbudować nową Rosję. Jego Rosja miała posiadać cechy i instynkty obydwu mocarstw, on zaś miał być pierwszym sekretarzem, monarchą i jedynowładcą. Trzeba jednak przyznać, że Władymir Putin zdecydowanie nie zapowiadał się na człowieka, który odnajdzie czynnik jednoczący zróżnicowany i szukający wspólnej idei naród. Tym bardziej warto prześledzić jego drogę na szczyt.

2 z 14Oczko w głowie rodziców

Obraz
© 6-letni Władymir z matką/Kremlin.ru/CC-BY 4.0

Władymir zawsze był drobny, niepozorny. Urodził się w Leningradzie, mieście zniszczonym podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Nawet siedem lat po jej zakończeniu miasto wciąż było trawione przez strach i zamieszkane przez tych, którzy byli albo sprawcami, albo ofiarami czystek. Rodzice na ukochanego syna chuchali i dmuchali, zabraniając się oddalać bez pozwolenia z podwórka.

Widać, że Władymirowi Putinowi nie odpowiada ta wersja wydarzeń; woli obstawać przy tym, że pięściami wyrobił sobie szacunek w okolicy. Tymczasem z opowieści nauczycieli i bliskich wyłania się człowiek wiecznie nadąsany, impulsywny i rozpuszczony przez rodziców. Człowiek, który przez całe dekady był tym, który przemyka się wiecznie gdzieś w drugim szeregu.

3 z 14Ochotnik do KGB

Obraz
© Plakat filmowy ''Tarcza i miecz''/Mosfilm

Aby gdzieś znaleźć ujście tłumionej frustracji syna, rodzice zapisali Władymira na boks. Szybko zrezygnował, swą uwagę kierując ku sambo, a potem judo. Sztuki walki obudziły w nim ortodoksyjność, której nie znalazł w religii, stały się wręcz życiową filozofią. Budując swą legendę Putin twierdzi, że żył jak zwierzę w dżungli, a sport odciągnął go od ulicy. Jednak to nie sambo spowodowało, że zainteresował się służbami specjalnymi. Największy wpływ na to, jaką drogę wybrał, miał film "Tarcza i miecz".

Była to propagandówka traktująca o tajnym agencie podszywającym się pod Niemca tuż przed wybuchem Wielkiej Ojczyźnianej. Andropow pragnął tym obrazem ocieplić wizerunek bezpieki, która po stalinowskich czystkach, delikatnie mówiąc, nie kojarzyła się najlepiej. Nie wiadomo, ile osób w te bzdury uwierzyło; na pewno jedną z nich był młody Władymir Putin, który bezceremonialnie wkroczył do lokalnej siedziby KGB i zgłosił się na ochotnika.

4 z 14W wymarzonej pracy

Obraz
© Putin w mundurze KGB/Kremlin.ru/CC-BY 4.0

Nie poznano się, niestety, na talentach gorącogłowego kandydata, wyjaśniając mu, że procedury rekrutacji są jednak trochę inne. Zawiedziony Putin dostał się na wydział prawa Leningradzkiego Uniwersytetu Państwowego. Kiedy machnął ręką na karierę agenta i na poważnie przygotowywał się do bycia prawnikiem, zaczepił go przedstawiciel KGB nadzorujący uczelnie wyższe i zaprosił do wstąpienia w szeregi tej instytucji.

W roku 1975 Putin zasiadł za biurkiem w kancelarii zarządu, niebawem zaś rozpoczął kurs dla funkcjonariuszy. Święcie wierzył, że oficer wywiadu jest obrońcą prawa i porządku. Tym większa była radość, gdy okazało się, że po zakończeniu akademii trafił do kontrwywiadu. Po kilku miesiącach przeszedł już do elitarnego wydziału KGB zajmującego się operacjami poza granicami ZSRR.

5 z 14Od Leningradu do Drezna

Obraz
© Władymir z żoną Ludmiłą/AFP

W 1979 roku oddelegowano go do Wyższej Szkoły KGB w Moskwie, jednak po krótkim kursie wrócił do Leningradu. Praca wciąż nie przypominała tego, czym zajmował się bohater "Tarczy i miecza" - Putin spędzał większość czasu na żmudnym kontrolowaniu obcokrajowców. Na szczęście dla niego, ojczyznę ogarnęła nowa obsesja - znalezienie dowodu, że Stany Zjednoczone marzą tylko o tym, by zniszczyć ZSRR. Operacja ta zajęła główne miejsce wśród działań KGB, a Putin miał odegrać w niej swoją małą rolę.

Rok po ślubie, wysłano go do Instytutu Czerwonego Sztandaru w Moskwie, stanowiącego obóz szkoleniowy dla szpiegów pracujących za granicą. Po roku wrócił, nie wywoławszy euforii wśród oceniających. W końcu jednak marzenie z dzieciństwa się spełniło - trafił za granicę, by służyć swojemu krajowi na obcym terenie. Jakoś przebolał, że tym obcym terenem było NRD i wyjechał tam w charakterze zwykłego pracownika biurowego.

6 z 14Pierwsza próba charakteru

Obraz
© Putin w Dreźnie/AFP

Fanatyczny zwolennik tężyzny fizycznej, pracoholik i - co gorsza - abstynent, średnio się odnajdywał w towarzystwie drezdeńskich funkcjonariuszy. Wiatry zmian hulające po trzeszczącej w szwach Europie znów były jednak dla Putina korzystne. W 1989 roku demonstracje ogarniały powoli wschodnie Niemcy, zaś tłumowi udało się wedrzeć do budynku Stasi w Dreźnie. Od protestujących odłączyła się niewielka grupa, która pomaszerowała pod siedzibę tamtejszego KGB.

Putin rozkazał strażnikom przygotować się na atak; sam z niecierpliwością czekał na rozkazy z Moskwy. Dowództwo radzieckich wojsk w Dreźnie oznajmiło, że bez tych rozkazów również są bezradni, więc Putin musi radzić sobie sam. Gdyby zebrane w siedzibie dokumenty wpadły w ręce demonstrantów, dla wielu agentów - z przyszłym prezydentem włącznie - mogłoby się to skończyć trybunałem. Putin włożył więc mundur i wyszedł przed budynek.

7 z 14Mały trybik w wielkiej historii

Obraz
© AFP

Spokojnie zakomunikował demonstrantom, że siedziba jest doskonale chroniona, a żołnierze nie dość, że mają broń, to jeszcze otrzymali rozkaz otwarcia ognia do każdego, kto tylko wejdzie na strzeżony teren. Po tej krótkiej tyradzie Putin odwrócił się na pięcie i wrócił do swojego biura. Demonstranci zrezygnowali z prób zajęcia siedziby KGB i rozeszli się. Jak wspomniałem, po pierwsze nie było ich wielu, po drugie zaś w zupełności wystarczyło im zwycięstwo nad "swoim" Stasi.

Kilka godzin później pod budynek podjechały radzieckie pojazdy opancerzone z żołnierzami. Jak napisał autor "Nowego cara", udział podpułkownika Putina w wydarzeniach towarzyszących rozpadowi NRD ograniczył się do mało znaczącego gestu. Przez chwilę jednak był asem wywiadu, w swoim mniemaniu tym pojedynczym człowiekiem, który mógł wpłynąć na bieg historii. Bardzo mu się to spodobało, nawet, jeśli nikt właściwie z przełożonych nie zwrócił na niego uwagi, nikt nie pochwalił, a Moskwa wciąż milczała. Putin wiedział jednak swoje - z pozoru mało znaczący, szary człowiek, może zapisać się w annałach. Trzeba tylko ciężko pracować, bardzo tego chcieć i wiedzieć, pod kogo się podczepić. Trudno było odmówić mu tutaj racji nawet, jeśli należałoby trochę przestawić tę kolejność.

8 z 14U boku mera

Obraz
© Anatolij Sobczak/AFP

Władymir Putin wiedział, że wraz z rozpadem NRD rozpoczął się schyłek jego agenturalnej kariery. Po wygodnym życiu w Niemczech powrócił do kraju pustych półek, kartek i kolejek. Kraju, który już nie potrzebował byłych agentów działających za granicą. Władymir dostał posadę na leningradzkiej uczelni. Pełnił rolę rektora ds. międzynarodowych, de facto będąc tajniakiem KGB baczącym na studentów i zagranicznych gości. Niebawem z rekomendacji KGB został doradcą nowego mera Rady Miejskiej w Leningradzie, niejakiego Sobczaka. Znów miał być urzędnikiem siedzącym w drugim szeregu.

Po puczu Janajewa odszedł z KGB, nie widząc już tam żadnej perspektywy rozwoju; od dawna zresztą dreptał tam w miejscu. Przy Sobczaku miał ciepłą i dość pewną posadę, zwłaszcza wtedy, gdy po puczu jego pryncypał stał się drugim po Jelcynie politykiem rosyjskim. Przez butę i arogancję miał on niebawem roztrwonić cały swój kapitał, w międzyczasie jednak spróbował uczynić z Leningradu, niosącego już dumną nazwę Petersburga, rosyjskie Las Vegas. Osobą odpowiedzialną za tę modernizację, miał być jego wierny przyboczny, Władymir Putin.

9 z 14Niespodziewany ratunek

Obraz
© Borys Jelcyn/AFP

Profity z działalności kasyn, które wyrastały jak grzyby po deszczu, należeć miały do państwa. Komitet pod przewodnictwem Putina założył przedsiębiorstwo miejskie, które planowało zakup 51 proc. udziałów w nowych domach gry. Dywidendy zasilać miały kasę Rady Miejskiej. Miasto może i nie dysponowało gotówką, ale nabywało udziały w zamian za zwolnienie z czynszu. Pomysł byłby niezły, gdyby nie właściciele kasyn, którzy skrzętnie ukrywali wszelkie wpływy, zgłaszając władzom same straty.

Co gorsza, Sobczak przegrał z Jakowlewem walkę o stołek mera i Putin stracił nie tylko patrona i cel w życiu, ale i pracę. Ratunek nadszedł z niespodziewanej strony, od samego Jelcyna. Najpierw zaproponowano mu posadę rzecznika prasowego Kremla. Ktoś poszedł jednak po rozum do głowy i stwierdził, że Putin ma wiele zalet, ale medialność do nich z pewnością nie należy, toteż skierowano go do wydziału prawnego. Miał nadzorować posiadłości Kremla w 78 krajach.

10 z 14Współczesny rewizor

Obraz
© AFP

Krótko mówiąc, Putin dostał kolejną pracę szeregowego urzędnika, idealnie wtapiającego się w tłum. Dzięki temu, że nie rzucał się w oczy, udało mu się przetrwać kolejne wojny na Kremlu, których, jak zwykle, nie brakowało. Zresztą rola współczesnego rewizora bardzo mu odpowiadała, zwłaszcza, że sprzyjała zbieraniu całych tomów "haków", które w przyszłości miały się przydać. W maju 1998 roku otrzymał już stanowisko pierwszego zastępcy szefa kancelarii prezydenta, niebawem zaś Jelcyn desygnował Putina na stanowisko dyrektora FSB.

Pozostaje pytanie: skąd ten nagły awans? Czym ten wiecznie pozostający w cieniu człowiek się zasłużył? Wydaje się, że zasługi nie miały tu nic do rzeczy. Zresztą Putina nawet nikt nie pytał o zdanie - był jedynie pionkiem w partii szachów politycznych, jaką Jelcyn toczył w ostatnich latach swej prezydentury. Początki Putina w FSB nie były łatwe - dla generałów był on jedynie parweniuszem narzuconym po to, by Kreml mógł kontrolować poczynania służb. Nie bez racji zresztą.

11 z 14Konferencja Litwinienki

Obraz
© Aleksander Litwinienko/AFP

O dziwo, zamiast jak zwykle siedzieć cicho i zdawać raporty, Putin zreorganizował agencję, zwolnił 1/3 urzędników Łubianki i stworzył nowe wydziały na miejsce tych, które uznał za archaiczne. Nie musiał długo czekać na pierwszy skandal. 17 listopada 1998 roku sześciu mężczyzn - jak się okazało, weteranów FSB - zorganizowało konferencję prasową. Czterech z nich miało maski. Mówili o korupcji i spisku, o tym, że oddział FSB walczący z przestępczością zorganizowaną przekształcił się w mafię. Twierdzili, że ich zwierzchnicy planowali porwanie brata wpływowego biznesmena.

Jakoś dałoby się to pewnie wyciszyć, ale mężczyźni ci powiedzieli jeszcze, że oficerowie służb podległych Putinowi planowali zabić samego Borysa Bieriezowskiego. Jeden spośród tej szóstki zwrócił się bezpośrednio do Putina, by wreszcie zrobił porządek w agencji. Nazywał się Aleksander Litwinienko. Władymir Putin doskonale go sobie zapamiętał. Pomimo tego, że organizatorzy konferencji podkreślali, iż korupcja zaczęła się na długo przed objęciem przez niego stanowiska szefa FSB, postanowili go w bardzo niezręcznej sytuacji. A publicznego upokorzenia Putin bardzo nie lubił.

12 z 14Początek epoki

Obraz
© Putin i Jelcyn/AFP

Rok później, podczas prywatnego spotkania z Jelcynem, Putin usłyszał: "Chciałbym, żebyś został premierem". Był to kolejny wielki awans, będący pokłosiem jeszcze jednej partii szachów na szczytach władzy. Tym razem wierny urzędnik miał być remedium na kaukaski konflikt i galopującą inflację. Przy okazji, a może przede wszystkim, miał pomóc zdobyć większość parlamentarną w zbliżających się wyborach. Analitycy zgodnie twierdzili, że to pocałunek śmierci.

Wydaje się, że doskonale z tego zdawał sobie sprawę również sam Putin. Już podczas reorganizacji FSB pokazał, że rola pionka przestała mu odpowiadać. Uznał, że i teraz musi dowieść, że jest twardym graczem, nie unikającym niepopularnych decyzji. Zadeklarował, że dowództwo rosyjskie odzyska kontrolę nad Dagestanem. 16 sierpnia Duma przyjęła kandydaturę Putina minimalną większością głosów. 10 dni później nad Dagestanem łopotały już trójkolorowe flagi Federacji Rosyjskiej. Rozpoczęła się epoka Putina.

13 z 14Mocarstwowe tęsknoty

Obraz
© Bush, Reagan, Gorbaczow/domena publiczna

Autor "Nowego cara" śledzi losy zarówno Putina jak i Rosji z - jak się wydaje - lekkim zaskoczeniem, twierdząc, że po dwudziestu pięciu latach od rozpadu ZSRR, latach otwartości, wymiany gospodarczej i kulturalnej, większość Rosjan znów patrzy na resztę świata jak na wroga u bram, którego należy się obawiać i stawiać mu opór. Uważa, że to mentalność narodu oblężonego usprawiedliwia każde poświęcenie. Wydaje się, że Lee Meyer nie chce dostrzec, iż te lata idealizowanej przezeń otwartości były skutkiem dość karkołomnej próby utrzymania się radzieckich komunistów u władzy.

Zainicjowana przez Gorbaczowa "liberalizacja" i rozprężenie w relacjach z zachodem pozwolić miała jedynie na zaciągnięcie kredytów i reanimację imperium. Demontaż owego imperium wyszedł ostatniemu gensekowi niechcący, a 25 lat było nie tyle powiewem upragnionej "normalności", co wypadkiem przy pracy. Prezydentura Jelcyna zaowocowała głównie wzrostem tęsknot mocarstwowych, zaś naród wszelkie ustępstwa w polityce międzynarodowej traktował jako porażki i upokorzenia. Irytacja i rozżalenie rosły również wraz z oddawaniem przez Jelcyna pola oligarchom, którzy, w powszechnej opinii, bogacili się kosztem coraz bardziej ubożejących Rosjan.

14 z 14Przywrócenie dawnego miejsca w świecie

Obraz
© wyd. Sonia Draga

Steven Lee Myers sam napisał, że po przekazaniu Putinowi prezydentury ten zintegrował gospodarkę z globalną ekonomią zręcznie eksploatując banki, giełdy papierów wartościowych i domy maklerskie. Wzbogacił się na tym zarówno on jak i jego bliscy znajomi, ale i skorzystał na tym naród. Dziś, kiedy osobiste odczucia Putina stały się linią polityczną, a pragmatyzm w działaniach już dawno należy do przeszłości, ten sam naród wybaczyć mu może wiele.

Dzięki aneksji Krymu notowania przywódcy, wzmocnione przekonaniem o oblężeniu Rosji przez Zachód, przekroczyły 85 proc. Rosjanie znów mają prezydenta, którego nie muszą się wstydzić i, jak pisze Myers, nie istnieją żadne siły, które byłyby w stanie z nim rywalizować do czasu wyborów prezydenckich w 2018 roku. Może po nich rządzić, zgodnie z prawem, przez kolejne sześć lat. A potem najwyżej się zmieni prawo. Naród ponownie wybaczy, zrozumie i przyklaśnie, wszak już Dostojewski pisał, że dla pokornej duszy rosyjskiego chłopa nie masz silniejszej potrzeby i większej pociechy nad świętą lub świętego, przed którym można paść i pokłonić się.

Mirosław Szyłak-Szydłowski/ksiazki.wp.pl

Wybrane dla Ciebie