Arek znów wpadł w panikę. Zaczęli się wykłócać. On upierał się, że zdecydowanie nie przyjmie pieniędzy, bo żaden z niego nauczyciel. A ona — że zabrała mu tyle czasu, więc musi zapłacić. Stali tak w przedpokoju i pewnie nie doszliby do żadnych wniosków, gdyby Idze nagle nie przyszedł do głowy pomysł.
— A co robisz teraz? Będziesz się uczył? A może masz randkę?
Arek zerknął na nią podejrzliwie. Czy ona z niego drwi? Randka z jąkałą? Wolne żarty. Arek jeszcze raz zerknął, ale Iga nie kpiła. Całkiem zwyczajnie szarpała suwak przy lewym kozaczku, usiłując go zapiąć.
— Nic nie rooobię.
— To świetnie. Należą ci się te pieniądze, więc pozwól, że skonsumujemy je wspólnie. Ja zapraszam.
— Mnie?
Arka zatkało. Takie rzeczy się przecież nie zdarzały, a już na pewno nie jemu.
— Pewnie, że ciebie. A co to wielkiego? Uczciwie zarobiłeś, bo wiem, co to znaczy tłumaczyć matmę, więc skoro tak głupio się upierasz, to… zapraszasz mnie na przykład na pizzę i stawiasz mi ją. — Wcisnęła mu w dłoń trzy wymięte banknoty. — Skoro nie chcesz wziąć, to będziesz musiał się ze mną jeszcze pomęczyć.
Iga naciągnęła białą czapkę, otuliła się szalikiem, poprawiła torbę na ramieniu i poczekała, aż Arek się ubierze. ###* Arek bardzo chciał się pochwalić, że tak blisko jego domu jest „Bar nad Stawem”, do którego na wyborne rybki ściągają smakosze z całej Warszawy. Teraz, zimą, bar był jednak zamknięty. Pozostawała im jedynie restauracja lub pizzeria. Zdecydowali się na pizzerię.
Przeszli pieszo do Modlińskiej. Wybrali stolik przy oknie. Zamówili jedną dużą — pół z frutti di mare, a pół wiejskiej. Jedząc, patrzyli na światła rozpędzonych samochodów.
Rozmawiali. Iga z humorem opowiadała o swoich matematycznych perypetiach, które zmusiły ją aż do zmiany szkoły. Po feriach miała zacząć naukę w liceum społecznym, ale była do tego pomysłu mamy jakoś źle nastawiona.