Dziecko ze śmietnika

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Nie znoszę swoich urodzin. Nikomu o tym nie mówię. Cathy i Hanna pomyślałyby, że coś jest ze mną nie w porządku. Bardzo staram się być taka jak one, żeby nie stracić ich przyjaźni. Czasem nawet zanadto się staram i wtedy je naśladuję.
Pół biedy, jeśli tylko wrzeszczę „Heej!” tak jak Cathy albo tańczę zgarbiona jak Hanna. Koleżanki na ogół łatwo przejmują od siebie różne zwyczaje. Ja jednak często przesadzam w tej skwapliwości. Na przykład zaczęłam czytać dokładnie te same książki, co Cathy, dopóki mi tego nie wytknęła.
— April, czy ty nie możesz sama wybierać sobie czegoś do czytania? — spytała. — Dlaczego zawsze mnie naśladujesz?
— Przepraszam cię, Cathy.
Hanna też się na mnie zezłościła, kiedy spostrzegła, że zaczęłam się czesać tak samo jak ona, a nawet wpinać we włosy identyczne spinki, wstążeczki i koraliki.
— To m o j e uczesanie, April — zaprotestowała, pociągając mnie za cienki warkoczyk z wplecioną wstążeczką z paciorkami.
— Przepraszam cię, Hanno.
Wzdychają, gdy tylko mówię do nich „przepraszam”.
— To zaczyna być wkurzające — orzekła Cathy. — Nas nie musisz bez przerwy przepraszać.
— Jesteśmy przyjaciółkami — dorzuciła Hanna.
Wiem, że są moimi przyjaciółkami, i robię wszystko, żeby nadal nimi były. Właściwie to są moje pierwsze w życiu zwyczajne i miłe przyjaciółki. Im się wydaje, że ja też jestem zwyczajna i miła, no, może z małymi wyjątkami. Nigdy im nie powiem prawdy o sobie. Chybabym umarła, gdyby się dowiedziały.
Tak się wprawiłam w udawaniu, że robię to machinalnie. Gram jak urodzona aktorka. Mnóstwo ról muszę odgrywać. Już się nawet czasem zastanawiam, czy choć cząstka mnie pozostała prawdziwa. Chociaż nie — teraz jestem sobą, ja to mała, śmieszna April, która właśnie kończy czternaście lat. Dzisiaj.
Nie wiem, jak uda mi się przeżyć ten dzień. Jest to jedyny dzień w roku, kiedy tak trudno mi udawać.
W zeszłym tygodniu Marion zapytała mnie, czy nie mam jakichś szczególnych życzeń z tej okazji, ale potrząsnęłam głową tak energicznie, że włosy zasłoniły mi całą twarz.
Cathy na swoje czternaste urodziny mogła zaprosić koleżanki na noc. Oglądałyśmy na wideo śmieszne filmy i jeden nieprzyzwoity, z którego uśmiałyśmy się jak jeszcze nigdy, i który obrzydził nam seks na całe życie.

Hanna miała normalne przyjęcie urodzinowe z dyskoteką w salce parafialnej, udekorowanej lampkami i świeczkami dla zrobienia odpowiedniej atmosfery. Byli też chłopcy, ale tylko brat Hanny i jego koledzy oraz kilku smętnych chłopaków z naszej klasy. Mimo to bawiliśmy się świetnie.
Bardzo mi się podobały urodziny Cathy. Tak samo podobały mi się urodziny Hanny. Tylko z moimi był problem. Chciałabym, żeby już minęły i żebym miała to za sobą.
— Na pewno nie chcesz przyjęcia? — upewniała się Marion.
Mogę sobie wyobrazić przyjęcie urządzone przez Marion.
Zgadywanki, zabawa w przypinanie osłu ogona, pieczenie kiełbasek na patykach i poncz owocowy — tak, jak to się praktykowało za jej czasów.
Może to nie fair z mojej strony.
Ale już niedobrze mi się robi od ciągłego bycia fair.
Mdli mnie na jej widok.
Okropna jestem. Przecież ona tak się stara.
— Może mogłybyśmy pójść gdzieś we dwie na kolację? — proponuje, jakby to była wielka atrakcja.
— Nie, naprawdę, nie chcę robić ze swoich urodzin wielkiej sprawy — mówię i ziewam, udając, że ten temat po prostu mnie nudzi.
Ale Marion nie daje się zwieść. — Wiem, że urodziny to dla ciebie trudne przeżycie — mówi łagodnym tonem.
— Wcale nie — upieram się. — Tylko nie chcę, żebyś wokół tego robiła tyle szumu.
Przełknęła ślinę. Popatrzyła na mnie z ukosa. — Przypuszczam, że dawanie prezentów nie będzie robieniem szumu, jak myślisz?
— Nie, nie mam nic przeciwko prezentom — mówię i przestaję się dąsać.
Posyłam jej spojrzenie pełne nadziei. Chyba dość wyraźnie dawałam jej do zrozumienia, o czym marzę. — Co mi dasz?
— Zobaczysz, musisz poczekać — mówi Marion.
— Och, przynajmniej mi podpowiedz — proszę.
— W żadnym razie.
— No powiedz. Czy to... Czy to... — Aluzyjnie podnoszę jedną rękę do ucha.
— Musisz zaczekać, później się przekonasz — mówi Marion, ale uśmiecha się szeroko.

Jestem pewna, że zgadłam. Mimo że Marion tak na nie wybrzydzała. Rano Marion przynosi mi urodzinowe śniadanie do łóżka. Na ogół nie przywiązuję wagi do śniadania, ale siadam i usiłuję przybrać zadowoloną minę. Nalała za dużo mleka do płatków kukurydzianych, ale dorzuciła też truskawki, ponadto przyniosła mały bukiecik irysów w wysmukłym kieliszku do szampana, które pasują do deseniu na porcelanie. Na tacy leży także prezent, schludnie zapakowane prostokątne pudełeczko akurat odpowiedniej wielkości.
— Och, Marion! — wołam, pochylając się ku niej, niemal gotowa ją uściskać.
Taca przechyla się i mleko rozlewa się na pościel.
— Ostrożnie! — woła Marion i łapie prezent, by go uratować przed zalaniem.
— Oddaj, to moje — mówię i wyrywam jej pudełeczko z rąk. Dziwnie lekkie. Ale może to jeden z najnowszych modeli, takich, co to prawie nic nie ważą. Rozwiązuję wstążeczkę i zrywam papier. Marion bezwiednie wygładza go, a wstążeczkę nawija sobie na palce. Zdejmuję pokrywkę z kartonowego pudełeczka i widzę następne pudełko. Zdejmuję pokrywkę z drugiego pudełka, a tam jeszcze jedno, mniejsze. Otwieram i to pudełko, by ujrzeć jeszcze mniejsze pudełko. Za małe, nie ulega wątpliwości.
Pamiętam, jak kiedyś w Sunnybank ktoś zrobił kawał jednemu dziecku. Rozpakowywało jedno pudełko za drugim. Na końcu okazało się, że w ostatnim pudełeczku od zapałek w ogóle nic nie ma i wszyscy się śmiali. Ja też, chociaż chciało mi się płakać.
— No dalej, otwórz następne — zachęca mnie Marion.
— Czy to żart? — pytam. Chyba ona by tak sobie ze mnie nie zażartowała?
— Nie chciałam, żebyś od razu domyśliła się, co tam jest w środku. Ale chyba już wiesz. Otwórz pudełeczko, April.
No więc otwieram. To już ostatnie pudełeczko. W środku jest prezent. Ale wcale nie ten.
— Kolczyki!
— Podobają ci się? Są z kamieniem księżycowym. Pomyślałam sobie, że podkreślą błękit twoich oczu.
Nie słucham, co mówi. Tak bardzo jestem zawiedziona. Byłam pewna, że dostanę komórkę. Przecież się uśmiechała, kiedy wykonywałam znaczący gest... Nagle rozumiem. Ona myślała, że ja wskazuję na swoje świeżo przekłute uszy.
Modne kolczyki mają być gałązką oliwną. Zrobiła wielką historię z tego, jak Cathy i Hanna namówiły mnie w sobotę, bym sobie przekłuła uszy w sklepie z dodatkami Claire. Można by pomyśleć, że przekłułam sobie co najmniej język, tyle było na ten temat gadania.
— Co znowu? — pyta. — Nie podobają ci się?
— Nie o to chodzi. Są bardzo ładne. Tylko... — Nie mogę dłużej wytrzymać. — Myślałam, że dostanę komórkę!
Marion patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. — Och, April! Wiesz przecież, co myślę o telefonach komórkowych.
Wiem bardzo dobrze. Tyle się już nagadała o guzach mózgu, rzekomo od telefonów komórkowych, i o tym, jak komórki przyczyniają się do zakłócania porządku publicznego. Jakby mnie to coś obchodziło! Chcę mieć tylko swoją komórkę tak jak wszystkie dziewczyny w moim wieku. Cathy dostała komórkę na swoje czternaste urodziny. Hanna dostała komórkę na swoje czternaste urodziny. Każda dziewczyna dostaje komórkę na czternaste urodziny, jeżeli nie wcześniej. Wszystkie uczennice siódmej klasy mają już komórki. I większość z klasy szóstej.
Czuję się, jakbym była jedyną osobą w całej okolicy pozbawioną środka komunikowania się. Nie mogę sobie pogadać ani wysyłać zabawnych SMS-ów czy odbierać od koleżanek wiadomości. Nie mogę do nich dołączyć. Jestem na marginesie.

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ