Więzienne życie źle się odbiło na fizjonomii Priessla. Na wychudzonej, bladej twarzy pojawiły się różowe szorstkie plamy, pod oczami rozlały się zasinienia. Tłuste włosy były w nieładzie i sterczały na wszystkie strony. Od aresztanta bił wyraźny odór niemytego ciała. Z kajdanek wystawały dłonie o brudnych, ogryzionych paznokciach.
– Co słychać, Hans? – rzekł Mock, podając mu rękę.
– Wszystko w porządku – odparł Priessl – dziękuję, że pan przyszedł, panie nadwachmistrzu. To bardzo dla mnie ważne.
– Możecie odejść i zostawić nas samych? – zapytał Mock strażnika, który stał pod oknem przesłoniętym podwójną drucianą siatką i popatrywał na niego mało przyjaźnie.
Był to ten sam funkcjonariusz, z którym przed chwilą miał scysję. Nie był najwyraźniej zachwycony ani zachowaniem policjanta, ani tym, że musiał się wraz z nim fatygować do pokoju widzeń zamiast rewidować odwiedzających, a najwięcej uwagi poświęcał zwykle przedstawicielkom płci pięknej. Te obowiązki skwapliwie przejął jego kolega, on sam zaś musiał zrezygnować z obmacywania kobitek, stać teraz jak kołek w pokoju widzeń i znosić smród bijący od aresztanta. Do tego zobowiązywały go przepisy. Każdy prawnik czy policjant miał prawo widzieć się z aresztowanym nie w ogólnej sali widzeń, lecz w osobnym pokoju, do którego musiał być doprowadzony przez strażnika.
– Dobra, dobra – odpowiedział strażnik nieco pogardliwie – będę na korytarzu. Jak się skończy widzenie, przyjdę.
Strażnik wyszedł, a Mock zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami. Najwyraźniej funkcjonariusz więzienny nie chciał się zwracać do Mocka per „pan”, a „ty” już nie miał odwagi. Nadwachmistrz uznał to za swoje małe zwycięstwo. Wytarł rękę o spodnie. Była lepka i spocona. Spojrzał w okno. Z oczek siatki zwisały tłuste warkocze brudu. Z dziecińca dochodziło turkotanie wózka i brzęk talerzy.
– Co jest? – uśmiechnął się do Priessla. – Wiozą wam obiad? Musisz jeść więcej, Hans, jeśli nie chcesz się wykończyć. Nie zapominaj, że kiedyś wyjdziesz na wolność, do żony i dziecka. Nie możesz wyglądać jak kościotrup... Mam zresztą coś dla ciebie do jedzenia...
– Ja już tam nie wrócę – powiedział Priessl, wbijając wzrok w blat stołu, na którym opierał skute kajdankami dłonie.
– Wrócisz, wrócisz – Mock wetknął papierosa w usta Priessla, potarł zapałkę o ścianę i podał aresztantowi ogień. – Ale wtedy masz słuchać moich rad, rozumiesz? Jeśli będziesz grzeczny, już nigdy nie znajdziesz się w pudle.
– Ja zostanę w pudle – wyszeptał Priessl, zaciągnąwszy się gwałtownie papierosem. – Na zawsze, panie nadwachmistrzu. Dlatego tak bardzo chciałem, żeby pan mnie odwiedził.
– To dlatego tak błagałeś o spotkanie? – zapytał Mock szorstko, wyjął z papierośnicy wszystkie papierosy i przesunął je po stole w stronę swego rozmówcy. – Żeby się ze mną pożegnać przed śmiercią, tak? Wybij sobie z głowy te głupie myśli! Odbębnisz karę, a potem wrócisz do swoich! Masz dla kogo żyć! Powtarzam, wybij sobie to z głowy...
– Bez obrazy, panie nadwachmistrzu – przerwał mu Priessl. – Nie dlatego pana prosiłem o przyjście, żeby się z panem pożegnać, chociaż wiele panu zawdzięczam... Chciałem, aby pan zaopiekował się Luise, moją żoną... Boję się, że po mojej śmierci wejdzie... że wróci na złą drogę... A co wtedy będzie z moim małym Klausem? A pan ma doświadczenie w pracy z takimi dziewczynami... Niech pan jej nie pozwoli zejść na złą drogę!
– Przeceniasz moje możliwości, Hans. – Mock też zapalił i wypuścił dym wysoko, pod sufit. – Nie boisz się, że dajesz ją pod opiekę policjantowi od dziwek? Przecież to prawie jak alfons! Spotykałem je na złej drodze, a one nie chciały z niej schodzić... To ty sprowadziłeś na dobrą drogę swoją Luise. Tobie się udała ta niełatwa sztuka. I twoja żona na tej drodze już pozostanie. Z tobą.