Egzamin dojrzałości

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

— Jeśli dostaniesz gruby list, to znaczy, że cię przyjęli. A jeśli cienki, nie masz szans.
Oświadczenie to wygłosiła Becky Margeson. Dwie pozostałe przyjaciółki nie zwróciły na te słowa uwagi; już je słyszały. Takie stwierdzenia należały do cowiosennego zamieszania wokół przyjęć na uniwersytet. To akurat okazało się zupełną bzdurą dwa lata wcześniej, kiedy przewodniczący samorządu uczniowskiego został przyjęty na uniwersytet Ivy League i przez tydzień o tym nie wiedział — aż do chwili, kiedy jego matka, opróżniając kosz na śmieci, znalazła w nim wyrzucony w ataku złości cienki list — zmięty i w nienaruszonej kopercie.
Do Natalie Armstrong nie docierały słowa przyjaciółek, które w wiosenne, sobotnie popołudnie leżały rozciągnięte na jej łóżku. Od dawna myśli miała zajęte czymś innym, ale nie dzieliła się tym nawet z najbliższymi przyjaciółkami.
— Jeśli dostanę list gruby na sześć cali, to i tak na końcu musi być słowo „stypendium”, albo żadnych studiów — jęknęła Gretchen Zimmeman. Zzuła tenisówki i obejrzała stopy w świetle wpadającym przez okno. — Chciałabym, żeby już było lato, mogłabym się opalić. Moje stopy wyglądają jak filety z dorsza.
— Nienawidzę tego czekania — westchnęła Becky. — Czekasz do połowy kwietnia, żeby się przekonać, czy cię przyjęli. Potem czekasz na lato, żeby się opalić. Potem na koniec lata, żeby już iść na studia. A potem co? Pewnie idziesz na te studia i znów na coś czekasz.
— Na ślub — uśmiechnęła się Gretchen. Podwinęła pod siebie bose stopy i spojrzała na swoje dłonie, rozcapierzając palce, jakby wyobrażała sobie na jednym z nich obrączkę.
— Ha! — parsknęła z obrzydzeniem Natalie.
— Ha! — powtórzyła Gretchen i roześmiała się. — Nat, ty pewnie wyjdziesz za Paula, kiedy tylko skończy studia. Ale z ciebie szczęściara.
— Szczęściara? — Natalie spojrzała na nią zaskoczona.
— Owszem, Nat — potwierdziła Becky poważnie. — Spójrz na siebie. Jesteś śliczna. Naprawdę, gdybym cię tak nie lubiła, tobym cię szczerze znienawidziła. Czy chociaż raz w życiu wyszedł ci pryszcz?
Natalie roześmiała się.
— Kiedyś miałam opryszczkę. Tato powiedział, że spowodował ją wirus.
— Opryszczkę. Wielka mi rzecz. Ja mówię o pryszczach! Jesteś jedyną niepryszczatą osobą, jaką znam. — Becky pochyliła się do lusterka na biurku Natalie, spojrzała na swoje odbicie, pokazała mu język i westchnęła.
— I masz Paula — mruczała Gretchen. — I już cię przyjęli do MacKenzie, a twoi rodzice mogą sobie pozwolić na czesne. Boże, ale z ciebie szczęściara, Nat. Czy na twoim podaniu było jedno z tych głupich pytań: „Co uważam za swoją najbardziej interesującą cechę?” I co napisałaś, Nat? „Moją najbardziej interesującą cechą jest to, iż jestem niesamowitą szczęściarą”?
Natalie zmięła kartkę z bloku i rzuciła nią od niechcenia w Becky.
— Nie — odparła. — Napisałam: „Moją najbardziej interesującą cechą jest to, że mam nienormalne przyjaciółki”!
Roześmiały się.

To był taki dzień, kiedy łatwo było się śmiać. Śnieg wreszcie stopniał, a wczesnokwietniowe słońce obiecywało, że niedługo nadejdzie lato. Najtrudniejsze lekcje w czwartej klasie już się skończyły; wszyscy czekali niecierpliwie na zakończenie roku, a nauczyciele ich rozpieszczali. Nauczycielka angielskiego na jesieni przerobiła Hawthorne’a i Thoreau i teraz czytali Salingera i Vonneguta. Cztery lata odmiany francuskich czasowników poszły w zapomnienie i romanistka uczyła ich gotowania. Czasami brali w posiadanie salę zajęć praktycznych i smażyli naleśniki. Czasami czytali na lekcjach „Elle” i rozmawiali o modzie; chłopcy jęczeli i udawali, że wymiotują pod ławki, oczywiście wtedy, kiedy nie przeglądali gazet w poszukiwaniu zdjęć modelek w prześwitujących bluzkach. Becky i Gretchen na pewno dostaną się na uniwersytet, i Gretchen, która miała najwyższą średnią w historii szkoły, otrzyma stypendium, które umożliwi jej studia.
Paula już przyjęli do Yale. Daleko od MacKenzie, ale to nie miało znaczenia. Natalie będzie się z nim widywała podczas wakacji; będą do siebie pisać; będą blisko; oboje czekali na to, co miało nastąpić.
Ten wiosenny niepokój był w czwartej klasie rytuałem, służył do zabicia nudy. Mieli przynajmniej o czym rozmawiać.
Rozległo się pukanie do drzwi sypialni. Nancy, siostra Natalie, wsunęła głowę do pokoju. Nancy była o rok młodsza: miała szesnaście lat, pyzatą buzię, jasne włosy i piegi. Przyszłoroczna kronika miała opisać Nancy jako „milusią”. W tegorocznej Natalie scharakteryzowano cytatem z Byrona: „Gdy stąpa, piękna”. Wcale nie były podobne. Ale były przyjaciółkami.
— Nat, mama chce, żebyś nakryła do stołu.
— Nancy, zrobisz coś dla mnie?
— No?
— Odczep się.
Nancy wyszczerzyła zęby w uśmiechu i zamknęła drzwi.
— Słuchaj, ja i tak muszę już lecieć — powiedziała Gretchen i wstała.
— Ja też — rzekła Becky. — Muszę w domu sprawdzić pocztę.
— Powiedzcie mamie, że zaraz zejdę — powiedziała Natalie i przez chwilę nasłuchiwała stłumionych kroków przyjaciółek na schodach. Nancy zawołała: „Na razie!”, a potem rozległo się trzaśnięcie frontowych drzwi.
Nie ruszając się z miejsca, dostrzegła swoje odbicie w lustrze po drugiej stronie pokoju. Długie, ciemne włosy. Niezwykle niebieskie oczy. Miała bardzo bladą skórę, ale latem szybko się opalała. Jej zęby były równe i proste; nigdy nie potrzebowała aparatu, który Nancy nosiła od trzech lat.
Chyba mają rację. Jestem szczęściarą. O ile oczywiście liczy się tylko wygląd. Chyba jestem ładna, ale też dość inteligentna, żeby nie musieć zakuwać i dostać się na uniwersytet, a potem na studia medyczne.
Mogę robić, co tylko zapragnę.
Dlaczego więc pragnę czegoś, co mnie tak przeraża?

Natalie podeszła do sosnowego biurka, które wiele lat temu zrobił dla niej ojciec w warsztacie w garażu. Pociemniało już i było porysowane, ale ona nadal kochała je tak jak w dniu, kiedy ojciec ostatecznie je wyszlifował i nawoskował, używając miękkiej szmatki.
Ze swoim ojcem, lekarzem, była bardzo związana. W przedszkolu i na początku podstawówki, kiedy na każdy Dzień Ojca robiła dla niego przyciski do papieru i bibularze (Kto używa przycisków do papieru i bibularzy? Teraz wiedziała, że nikt), ustawiał je na honorowym miejscu na swoim biurku, jak dzieła sztuki. To on bandażował jej podrapane kolana, kąpał ją w chłodnej wodzie z lekarstwem, kiedy złapała wietrzną ospę i całe ciało ją swędziało, to on siedział przy jej łóżku i trzymał za rękę, kiedy obudziła się obolała z narkozy i stwierdziła, że nie ma już wyrostka.
Matka Natalie, Kay Armstrong, cieszyła się w rodzinie sławą nieprzewidywalnej. Córka pary artystów, którzy wędrowali z miejsca na miejsce niczym Cyganie, Kay w dzieciństwie zwiedziła Europę i Meksyk; przejęła zamiłowanie rodziców do kolorów, światła i zmian; odziedziczyła ich wylewną uczuciowość. Jako młoda dziewczyna wybrała proste, spokojne życie żony małomiasteczkowego lekarza, ponieważ kochała Aldena Armstronga, ale wniosła do rodziny spontaniczność i żywiołowość, która ich czasami zaskakiwała. Dom Armstrongów nie przypominał innych i była to zasługa Kay.
Na przykład był to jedyny dom w Branford w stanie Maine, gdzie pośrodku nowoczesnej, starannie wykafelkowanej łazienki na piętrze stała wielka, staroświecka wanna na łapach. A pazury tych łap pomalowane były karmazynowym lakierem do paznokci. Kay Armstrong pomalowała je, jeden po drugim, pewnego październikowego popołudnia, kiedy pozostałe żony lekarzy z Branford słuchały wykładu o układaniu kwiatów, zebrane na comiesięcznym obiedzie, na który Kay zapominała pójść.
Była też jedyną żoną lekarza w Branford w stanie Maine, która wywieszała pranie na sznurku w ogrodzie, zamiast wkładać je do suszarki, ponieważ lubiła wyglądać przez okno i patrzeć na kołysane wiatrem ubrania. Szczególnie zachwyciła się, kiedy pewnego dnia rękaw piżamy męża, szarpnięty bryzą znad zatoki, objął w pasie jej koszulę nocną.
— Założę się, że to najbardziej seksowna rzecz, jaka się kiedykolwiek na tym podwórku wydarzyła! — wykrzyknęła, wyglądając przez kuchenne okno.
— Mamo! — jęknęła Nancy. — Nie bądź okropna!
— Wiesz — uśmiechnęła się matka — jeśli działo się tam coś bardziej seksownego, to pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że rozmawiałaś już z ojcem o antykoncepcji.
— Mamo! — jęknęła znów Nancy. Kay Armstrong uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami, wciąż obserwując, jak pasiasty rękaw kokietuje różową koszulę nocną.
Nie była zwyczajną, zabieganą matką. Natalie ją uwielbiała.

Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY