Grabieżcy Bagdadu
Mike Diaz Nowy Jork, 7 marca 2003 roku Mężczyzna energicznym krokiem szedł w górę Piątej Alei. Ubiór odróżniał go nieco od urzędników, którzy przemierzali Manhattan w porze lunchu, natomiast ani jego fryzura, ani też zachowanie nie mogły kojarzyć się z kierownikiem banku czy szefem zatrudnienia w towarzystwie ubezpieczeniowym. Krótko ścięte czarne włosy, niskie czoło, wygolony maszynką kark, cienka blizna na czole, duży, prosty nos, wydatne policzki, mały dołek w [brodzie](https://kobieta.wp.pl/czy-broda-twojego-mezczyzny-moze-byc-niebezpieczna-dla-zdrowia-5982755003482753a). Matowa i opalona skóra, pociągłe rysy burzące złudzenie, że ma się do czynienia z człowiekiem, który wrócił z [urlopu](https://msp.money.pl/wiadomosci/poradniki/artykul/prawo-do-urlopu,117,0,2416501.html) na Florydzie. Wzrost średni, sylwetka raczej przysadzista. Pod garniturem z jasnego lnu można domyślić się znacznej muskulatury. Pewna szorstkość, która cechuje zawodowych wojskowych. A przede wszystkim posępne spojrzenie, bardzo ruchliwe, bezustannie w pogotowiu, jakby ten człowiek przemieszczał się w strefie wroga.
Telefon komórkowy zaczął mu wibrować w kieszeni w chwili, kiedy był przed sklepem Nike. Grupy młodych ludzi wchodziły z impetem do olbrzymiej świątyni konsumpcji. Odsunął się od tłumu żeby odebrać telefon.
– Mike Diaz, słucham.
Jego głos był oschły, a intonacja bez wyrazu.
– Będzie pan musiał przejść jeszcze kawałek. Samochód zabierze pana na rogu Central Parku; to będzie czarny lincoln.
– Czarny lincoln, zrozumiałem.
Schował telefon i poszedł dalej tym samym krokiem. Trzej biegnący Aleją nastoletni chłopcy potrącili go. Jeden z nich, rozczochrany blondyn, rzucił wyzwisko. Diaz zmierzył go wzrokiem. Chłopak odwrócił głowę. Dwaj pozostali pociągnęli go za sobą, nieskorzy zaczepiać takiego faceta. Pewność siebie i spokój Diaza nie maskowały jego ukrytej gwałtowności. Podążał jednak dalej, nie poświęcając im więcej uwagi. Kiedy dotarł do Fulton South Street, zatrzymał się przed przejściem dla pieszych i poczekał, aż zmieni się światło, by przejść przez ulicę w towarzystwie japońskich turystów i gromady dzieci prowadzonych przez dwie opiekunki o sportowym wyglądzie. Mimo wojny, która wydawała się nieunikniona, nadal widziało się wielu zagranicznych turystów. Manhattan, półtora roku po zniszczeniu Twin Towers, przybrał swój zwykły wygląd. Diaz, jak wszyscy nowojorczycy, bardzo przeżył zamach.
Wielokrotnie wracał na miejsce tragedii. Irytowały go jednak niezliczone debaty telewizyjne na temat projektów budynków mających zastąpić World Trade Center. Politycy, architekci, finansiści, a nawet kościoły i sekty jak drapieżniki rzucili się na ten interes. Diaz zawsze czuł coś w rodzaju dumy, że jest obywatelem amerykańskim, nie odczuwał jednak zbytniej wspólnoty z tymi ludźmi. Amerykańskie obywatelstwo dużo go kosztowało. Żeby je otrzymać, zgodził się założyć mundur marynarki wojennej, przeszedł dające w kość szkolenie tej elitarnej formacji, uczestniczył w utajonych konfliktach na różnych szerokościach geograficznych. Ścigał cocaleros w kolumbijskiej dżungli, gotował się w upale podczas długich miesięcy w kuwejckiej bazie, uniknął linczu w Somalii i głupio oberwał kulkę wystrzeloną przez niezręcznego rekruta podczas ćwiczeń. Sądził, że te doświadczenia dawały mu pewne prawa. Jak wielu wojskowych, odczuwał pewną pogardę dla cywilów. Niewiele brakowało, żeby dał lekcję tym trzem ulicznikom, na których
się nadział. Takich błaznów chętnie obudziłby o trzeciej nad ranem, żeby pełzali w błocie albo przeszli dziesięć kilometrów szybkim krokiem z czterdziestokilowym bagażem na plecach. Diaz dorastał w biednym barrio na przedmieściach Meksyku. Od młodości ocierał się o twardszych facetów niż ci tutaj. Nauczył się przyjmować ciosy i oddawać je, zanim instruktor uderzył go rękojeścią M16 w nerki w ramach powitania w bazie Parris Island. Nie miał jednak czasu do stracenia.
Spotkanie było ustalone na ten sam ranek. Zadzwonił telefon.
– Kapitan Diaz?
– Tak jest.
Nieznajomy podał mu kilka szczegółów pokazując, iż jest dobrze zorientowany w jego karierze. Mówił jak wojskowy. Autorytatywnie.
– Nie wolno panu zdradzić nikomu przebiegu tego spotkania, kapitanie Diaz, zrozumiał pan? Mamy zamiar zaproponować panu tajną misję. Może pan odmówić, ale wszystko musi pozostać poufne.
– W zasadzie rozkaz powinien przyjść drogą służbową – stwierdził jednak Diaz.
– W zasadzie. Ale zasady tego rodzaju zostały stworzone do zwykłych sytuacji. Nie do sytuacji nadzwyczajnych. Może pan odmówić już teraz, ale nie wolno panu rozpowszechniać naszej rozmowy.
Diazem targały sprzeczne uczucia, w których mieszały się duma, że to właśnie jego wybrano do tej nieznanej misji, pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej i obawa przed pogwałceniem regulaminu wojskowego. Opowiadano mu historie o oficerach odłączonych od jednostki w celu wypełnienia tajnej misji. Zakładał, że zaczynało się to od spotkania z człowiekiem ze służb specjalnych w biurze ważnego oficera, którego obecność stanowiła poręczenie operacji. Nie za pomocą anonimowego wezwania. Jako zawodowy wojskowy wiedział jednak, że każdą decyzję trzeba podjąć szybko.
– Dobrze, przyjdę na to spotkanie i posłucham, o co chodzi.
Nic nie przeszkadzało mu opowiedzieć potem o spotkaniu swoim przełożonym.
Nieznajomy polecił mu zatem przyjść o osiemnastej na Piątą Aleję, na wysokości Czterdziestej Czwartej, włączyć telefon i czekać na rozkazy.
Czarny lincoln czekał po drugiej stronie South Street. Przyciemniane szyby nie pozwalały dojrzeć pasażerów. Człowiek, który siedział na przednim siedzeniu z prawej strony, obok kierowcy, wysiadł, otworzył drzwi i zaprosił oficera do środka. Dopiero kiedy Diaz zajął miejsce na skórzanym siedzeniu, zdał sobie sprawę, że nie pomyślał, żeby zapamiętać numer rejestracyjny samochodu. Obiecał sobie, że to naprawi, jak tylko wysiądzie.
Ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że siedzi sam z tyłu. Przez chwilę myślał, iż rozmowa odbędzie się w samochodzie. Gruba szyba oddzielała go od dwóch typów siedzących z przodu. Mógł jedynie rozróżnić ich karki podobne do jego karku i kołnierze białych koszul. Ten, który otworzył mu drzwi, miał na sobie niebieski blezer i okulary Ray–Ban. Nagle wszystkie przeszklone przegrody pociemniały. Naturalne światło zostało zastąpione przez światło lampki.
– Proszę się nie niepokoić, panie kapitanie – usłyszał głos pochodzący z głośnika. –To elementarne środki ostrożności. Nie ma pan się czego obawiać.
Chciał odpowiedzieć, że zna bardziej niepokojące sytuacje, ale nie odezwał się. Tego nauczył się w marynarce, między innymi. Nauczył się nie odzywać. Co nie przeszkadzało mu czasem być bardzo rozmownym, kiedy się dobrze bawił albo wypił kilka głębszych.
Specjalne szyby w lincolnie tłumiły odgłosy z zewnątrz. Diaz nie miał najmniejszych szans zorientować się, gdzie jest. W pewnej chwili jednak poczuł, że limuzyna wjeżdża na jakiś stromy podjazd, a jednocześnie na zewnątrz zaległa cisza ledwo zmącona przytłumionym pomrukiem silnika. Wywnioskował z tego, że kierowca wjeżdża na podjazd garażu lub parkingu. Podróż nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Było zatem prawdopodobne, że ów garaż znajdował się w jednym z luksusowych budynków wybudowanych wzdłuż Central Parku. Rozwój wypadków potwierdził to przypuszczenie. Mężczyzna w niebieskim blezerze poprosił go, żeby wysiadł i podążył za nim do windy o ścianach wyłożonych mahoniem. Brak ponumerowanych przycisków i podświetlonego wskaźnika oznaczał, że winda jeździła tylko na jedno piętro lub do jednego apartamentu. Długość wjazdu pozwoliła mu się domyślić, że było to wyższe piętro.
Drzwi kabiny otworzyły się cicho i jego towarzysz na nowo dał mu znak, by za nim podążył. Przeszli przez elegancki hol przypominający poczekalnię z kanapami i niskimi stoliczkami, na których rozłożono czasopisma, a następnie długi korytarz, i znaleźli się przed dwuskrzydłowymi drzwiami obitymi ciemną skórą.
– Kapitan Diaz – zaanonsował mężczyzna do niewidocznego domofonu.
Jego ton się zmienił. Nie był agresywny czy władczy w stosunku do Diaza, lecz teraz zawierał jednak odrobinę szacunku.
Ktokolwiek znajdował się za wyściełanymi drzwiami, musiał z pewnością być ważną osobistością. Diaz nie odczuwał jakiejś szczególnej satysfakcji na myśl, że w końcu dowie się, o co chodzi. Nauczył się także cierpliwości. Jednak jak tylko przekroczył próg, poczuł się rozczarowany, bo nie mógł rozróżnić twarzy tych, którzy go do siebie wezwali. Duża część pomieszczenia tonęła w półmroku, tak że zaledwie rozróżniał dwie sylwetki. Jedna znajdowała się za olbrzymim biurkiem, druga w kącie, nieco oddalona, w fotelu.
– Proszę, niech pan spocznie, kapitanie Diaz.
Tylko jedno miejsce był wolne: fotel znacznie oddalony od biurka. Z całą pewnością to ustawienie było dokładnie przemyślane i bez wątpienia już sprawdzone. Próba zbliżenia się, żeby zobaczyć rozmówców, mogłaby zostać odebrana jako wyraz agresji. Diaz jednak, mimo swej ciekawości, nie miał powodów, by okazywać wrogość; tym bardziej, że sądził, iż ma do czynienia z wysokimi rangą osobistościami z armii lub rządu.
– Dziękuję, że pan przyszedł, kapitanie Diaz. Proszę nam wybaczyć te trochę śmieszne środki ostrożności, ale w wypadku, gdy odmówi pan wykonania misji, chcielibyśmy zachować anonimowość, by jej sukces nie został zagrożony.
Pełen namaszczenia głos należał do mężczyzny w starszym wieku. Jego ton nie wskazywał na żołnierza. Diaz pomyślał o senatorze, wysokim urzędniku państwowym, może ministrze? Jego źrenice powoli przyzwyczajały się do półmroku. Stwierdził, że znajduje się w obszernym biurze o ścianach pokrytych mahoniową mozaiką. Zasłony zaciemniały okna. Duże malowidło oprawione w ramy ze skóry upamiętniało bitwę z Wojny o Niepodległość, dwa obrazy przedstawiały Nowy Jork z początku ubiegłego wieku. Było jeszcze wiele innych w ciemnej części pomieszczenia, jednak Diaz mógł zaledwie domyślać się konturów ich ram.
Zauważył także orientalny dywan i wiele przedmiotów, które starał się zapamiętać. Dwie lampki w kształcie grzybków, ustawione na symetrycznych komodach w stylu Regencji, były jedynym źródłem światła. Diaz nigdy wcześniej nie był w podobnym miejscu. Jedyne skojarzenia, jakie mu się nasuwały, wiązały się z filmami historycznymi, w których można było zobaczyć przyjmującego gości urzędnika sądowego lub właściciela przedsiębiorstwa. Wszystko to wydawało mu się nieco przestarzałe. Nie wyobrażał sobie wielkiego bossa z początku XXI wieku zamkniętego w podobnym miejscu. Jeśli chodzi o niego, to gdyby sam zajmował stanowisko prezesa w dużej spółce, raczej wybrałby nowoczesną dekorację. Być może gust rozmówcy zdradzał jego wiek.
Dwaj mężczyźni bez słowa pozwalali mu przygladać się otoczeniu. Stwierdzając, iż nie zdecydują się na rozpoczęcie rozmowy, Diaz odchrząknął.
– Czy mógłbym poznać rodzaj misji i osoby za nią odpowiedzialne?
– To są dwa pytania, kapitanie Diaz. Odpowiedź na drugie pytanie jest przecząca. Co się zaś tyczy pierwszego pytania, odpowiedź zależy od pańskiej zgody.
– Jeśli dobrze zrozumiałem, prosi mnie pan o przyjęcie misji bez wiedzy na jej temat?
– Czy nie jest pan żołnierzem?
– Tak, proszę pana, ale tylko moi przełożeni mogą wydawać mi rozkazy.
Ton jego głosu był obojętny. Diaz bał się mimo to, iż był zbyt agresywny. Przede wszystkim chciał jednak wiedzieć, czego od niego oczekiwano, by móc o tym później opowiedzieć swoim przełożonym.
Druga postać, ta, która znajdowała się na lewo do biurka w rogu, wyprostowała się, by zabrać głos.
– Ta misja wychodzi poza ramy hierarchii. Nie musi pan składać raportu pańskim dowódcom i gwarantuję panu, że wszystko zostanie załatwione tak, by pana kryć. Jednak, jak każda misja, ta także niesie ze sobą pewne ryzyko…
Głos był bardzo obojętny. Młodszy i bardziej zdecydowany. Mógł należeć do wojskowego. Diaz nie zdołał jednak zidentyfikować żadnego ze znanych sobie oficerów. – Ryzyko nie jest większe niż to, które podejmował pan w czasie swej kariery, a wiem, że jest pan odważnym oficerem. Otrzyma pan natomiast znacznie poważniejszą gratyfikację niż wszystkie żołdy i premie, jakie do tej pory pan dostał. Czy to jasne?