WAŻNE
TERAZ

TYLKO W WP: Psycholożka Mai Chwalińskiej. Pierwszy taki wywiad w Polsce

Harry Bosch 9. Zagubiony blask

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

1

Ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałbym się po Alexandrze Taylorze, było to, że sam otworzy mi drzwi. Stawiało to pod znakiem zapytania wszystko, co wiedziałem dotąd o Hollywood. Zdawało mi się, że facet, którego filmy zarobiły miliardy dolarów, nigdy nikomu sam drzwi nie otwiera. Powinien przecież mieć zatrudnionego na pełen etat odźwiernego w liberii, który wpuściłby mnie, i to dopiero po dokładnym sprawdzeniu mojej tożsamości oraz ustaleniu, czy jestem umówiony. Potem przekazałby mnie kamerdynerowi albo pokojówce. Ta zaprowadziłaby mnie do pana domu, stąpając przede mną bezszelestnie jak padający śnieg.

Lecz w posiadłości przy Crest Road w Bel-Air nikogo takiego nie było. Brama była otwarta. A kiedy zaparkowałem na podjeździe i zapukałem do drzwi, otworzył mi sam mistrz kina akcji i wprowadził do wnętrza o wymiarach chyba żywcem skopiowanych z terminalu lotniska międzynarodowego w Los Angeles.

Taylor był dużym facetem. Miał ponad metr osiemdziesiąt i ważył pewnie ze sto trzydzieści kilo. Wyglądał przy tym nieźle, z kędzierzawą brązową czupryną i kontrastującymi z nią niebieskimi oczami. Zarost na podbródku przydawał mu nieco artystycznego wyrafinowania, choć branża, w której pracował, niewiele miała wspólnego ze sztuką.

Ubrany był w miękki błękitny dres, na oko droższy niż całe moje ubranie. Wokół szyi - ciasno owinięty biały ręcznik z końcami wpuszczonymi pod bluzę. Policzki miał rumiane i ciężko oddychał. Najwyraźniej w czymś mu przeszkodziłem, bo wydawał się nieco roztargniony.

Przyjechałem do niego w moim najlepszym jasnoszarym, jednorzędowym garniturze, za który trzy lata temu dałem tysiąc dwieście dolarów. Nie nosiłem go od dobrych dziewięciu miesięcy i po wyciągnięciu z szafy musiałem oczyścić marynarkę z kurzu. Byłem świeżo ogolony i wiedziałem, czego chcę, pierwszy raz od wielu miesięcy - odkąd odwiesiłem ten garnitur na wieszak.

- Proszę - powiedział Taylor. - Wszyscy mają dzisiaj wychodne, a ja właśnie ćwiczyłem. Na szczęście siłownia jest blisko, bo inaczej w ogóle bym pana nie usłyszał. To duży dom.

Cofnął się zapraszająco. Nie podał mi ręki. Pamiętam, że cztery lata temu, kiedy go poznałem, też tego nie zrobił. Ruszył pierwszy, mnie zostawiając zamknięcie drzwi.
- Może porozmawiamy, kiedy będę ćwiczył na rowerze? Chciałbym skończyć.
- Oczywiście.

Szliśmy przez marmurowy hol, Taylor trzy kroki przede mną, jakbym należał do jego orszaku. Widocznie tak mu było wygodnie, a mnie to nie przeszkadzało. Przynajmniej mogłem się rozejrzeć. Szereg okien po lewej stronie wychodził na wypielęgnowany, świadczący o bogactwie trawnik wielkości boiska futbolowego. Dalej spostrzegłem budynek, wyglądający na dom dla gości albo kryty basen. Albo jedno i drugie. Stał przed nim wózek golfowy, widać też było ślady kół prowadzące przez strzyżoną trawę tam i z powrotem.

Los Angeles znałem na wylot - od najnędzniejszych gett po rezydencje na szczytach wzgórz. Ale pierwszy raz widziałem w obrębie miasta posiadłość tak dużą, że trzeba jeździć po niej elektrycznym wózkiem.

Na ścianie po prawej wisiały oprawione w ramki plakaty z tego mnóstwa filmów, które wyprodukował Alexander Taylor. Parę z nich widziałem, kiedy puszczali je w telewizji, a resztę pamiętałem ze zwiastunów. Przeważnie były to filmy akcji, z tych, co to idealnie pasują na długość trzydziesto sekundowej reklamówki i wcale potem nie ma się ochoty oglądać reszty. Żadnego z nich nie można uznać za sztukę, obojętnie jaka byłaby definicja tego słowa. Ale dla Hollywood było w nich coś ważniejszego niż sztuka. Były dochodowe. A to podstawa dla wszystkich innych podstaw.

Taylor, nie zwalniając, skręcił w prawo. Wszedłem za nim do sali ćwiczeń. Jak dla mnie, nadawała słowu "fitness" całkiem nowe znaczenie. Pod ścianami .stały wszystkie możliwe rodzaje atlasów, a na środku znajdowało się coś, co wyglądało na pełnowymiarowy ring bokserski. Taylor gładko wskoczył na stacjonarny rowerek, wcisnął parę przycisków na cyfrowym ekraniku przed sobą i zaczął pedałować.

Przed nami, wysoko na ścianie, wisiały obok siebie trzy wielkie, płaskie telewizory, nastawione na dwa konkurencyjne 24-godzinne kanały informacyjne oraz serwis ekonomiczny Bloomberga. Bloomberg miał włączony dźwięk. Taylor wyłączył go pilotem. I znów, takiej uprzejmości się po nim nie spodziewałem. Kiedy dzwoniłem do jego sekretarki, żeby się umówić, odniosłem wrażenie, że powinienem być szczęśliwy, iż w ogóle umożliwia mi się zadanie paru pytań, nawet jeśli wielki człowiek będzie jednocześnie gadał przez komórkę.

- Nie ma pan partnera? - zapytał Taylor. - Zdawało mi się, że wy przeważnie pracujecie w parach.
- Ja wolę sam.
I urwałem na chwilę. Stałem bez słowa, a Taylor rozkręcał się i nabierał rytmu. Miał pod pięćdziesiątkę, ale wyglądał znacznie młodziej. Może wystarczy się tylko otoczyć tymi wszystkimi maszynami sportowymi, atrybutami młodości, niezależnie, czy używa się ich czy nie ? A może chodzi o peelingi twarzy i zastrzyki z toksyny botulinowej?
- Mogę dać panu trzy mile - powiedział, zdejmując ręcznik z szyi i wieszając go na kierownicy. - To będzie jakieś dwadzieścia minut.
- W porządku.

Sięgnąłem po notatnik do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jego spiralny druciany grzbiet zahaczył o podszewkę. Czułem się jak głupek, usiłując go odczepić. W końcu po prostu szarpnąłem, usłyszałem trzask dartej tkaniny i zamaskowałem zakłopotanie uśmiechem. Taylor zrobił mi przysługę, odwracając wzrok i wpatrując się w jeden z milczących telewizorów.

Zdaje się, że z mojego dawniejszego życia najbardziej mi brakuje tamtych wszystkich drobiazgów. Przez ponad dwadzieścia lat nosiłem w wewnętrznej kieszeni notes w okładce. Nie wolno było używać takich na spirali - sprytny adwokat mógłby twierdzić, że wy- darto z niego strony z notatkami świadczącymi na korzyść oskarżonego. Oprawny notes rozwiązywał ten problem, a także lepiej obchodził się z podszewką.

- Ucieszyłem się, że ma pan coś dla mnie - rzekł Taylor. - Zawsze mnie niepokoiła ta sprawa Angie. Cały czas. To była dobra dziewczyna, wie pan? I przez cały czas wydawało mi się, żeście sobie tę sprawę odpuścili. Że była po prostu mało ważna.

Kiwnąłem głową. Podczas rozmowy z sekretarką starannie dobierałem słowa. I chociaż wprost jej nie okłamałem, to jednak miałem na sumieniu parę niedomówień, tak by resztę dośpiewała sobie sama. Musiałem tak zrobić. Gdybym jej powiedział, że jestem byłym gliniarzem, pracującym prywatnie nad starą sprawą, pewnie nie dopuściłaby mnie do mistrza kina kasy nawet na kilometr.

- Zanim zaczniemy... Zdaje mi się, że nastąpiło drobne nieporozumienie. Nie wiem, co powiedziała panu sekretarka, ale ja nie jestem policjantem. Już nie.
Taylor na chwilę przestał pedałować, ale szybko wrócił do poprzedniego rytmu. Twarz miał czerwoną i pocił się obficie. Sięgnął do stojaka na napoje obok panelu sterującego, wyciągnął stamtąd okulary do czytania i wąską kartkę z logo swojej firmy producenckiej - kwadratem wypełnionym plątaniną krzywych linii - i paroma odręcznymi zapiskami poniżej. Założył okulary i zmrużył oczy, czytając.
- Tutaj widzę co innego. Detektyw Harry Bosch, policja Los Angeles. Audrey to napisała. Pracuje u mnie od osiemnastu lat. Od czasów, gdy jeszcze kręciłem w Dolinie cały ten szajs na rynek wideo.

Ona zna się na swojej pracy. I zwykle jest bardzo dokładna.
- Długie lata miałem właśnie takie stanowisko. Ale rok temu odszedłem na emeryturę. Może przez telefon trochę niejasno się wyraziłem. Proszę nie winić jej za to.
- Nie mam zamiaru.
Spojrzał na mnie, pochylając głowę, by zerknąć znad okularów.
- W takim razie, co mogę zrobić dla pana, panie detektywie... a może powinienem powiedzieć "panie Bosch"? Mam jeszcze dwie i pół mili, a potem żegnam pana.

Po prawej stronie Taylora była ławeczka do wyciskania. Podszedłem do niej i usiadłem.
Wyciągnąłem długopis z kieszeni koszuli - tym razem nic się nie podarło - i przygotowałem się do notowania.
- Nie wiem, czy pan pamięta, ale my już kiedyś rozmawialiśmy.

Cztery lata temu, kiedy znaleziono ciało Angelli Benton w holu jej własnego domu, ja dostałem tę sprawę. Rozmawialiśmy w pana gabinecie w Eidolon. Była ze mną partnerka, Kiz Rider.
- Pamiętam. Czarna. Powiedziała, że znała Angie. Z fitnessu, zdaje się. Pamiętam, że wtedy wzbudziliście we mnie zaufanie. Ale potem zniknęliście i nigdy się nie odezwaliście...
- Zabrali nam tę sprawę. My byliśmy z Wydziału Hollywood. Ale parę dni później, po napadzie i strzelaninie, sprawę przejął Wydział Zabójstw i Napadów.

Rowerek piknął cicho i pomyślałem, że chyba Taylor przejechał pierwszą milę.
- Pamiętam tych gości - rzucił z niechęcią. - Głupi i głupszy. Nie spodobali mi się. Przypominam sobie, że któryś z nich bardziej niż sprawą zainteresowany był wkręceniem się na konsultanta technicznego do moich filmów. Co się z nimi stało?
- Jeden nie żyje, a drugi odszedł z policji.

Dorsey i Cross. Znałem ich obu. Wbrew temu, co mówił Taylor, byli to zdolni śledczy. Do ich wydziału nikt nie dostawał się ot tak.

Jack Dorsey i Lawton Cross zasłynęli też w światku policyjnym jako partnerzy mający wyjątkowego pecha, o czym nie miałem zamiaru informować Taylora. Kiedy pracowali nad sprawą, którą dostali parę miesięcy po sprawie Angelli Benton, wpadli na chwilę do hollywoodzkiego baru na lunch i regenerującą setkę. Siedzieli sobie w loży, jedli sandwicze z szynką i sączyli ze szklaneczek bushmillsa, kiedy do knajpy wpadł uzbrojony bandyta. Opowiadano, że Dorsey, który siedział przodem do drzwi, zerwał się, lecz był zbyt wolny. Został trafiony, zanim odbezpieczył pistolet, a padając na podłogę, już nie żył. Crossowi kula drasnęła czaszkę, ale druga trafiła go w szyję i utkwiła w kręgosłupie. Na koniec napastnik zastrzelił barmana, z małej odległości.

- A co potem się stało z tą sprawą? - zapytał Taylor retorycznie, bez cienia sympatii w głosie dla upadłych gliniarzy. - Nic a nic. Dam sobie uciąć rękę, że zbiera kurz jak ten pana tani garniturek, co go pan wyciągnął z szafy, wybierając się do mnie.

Przełknąłem zniewagę, bo nie miałem wyjścia. Kiwnąłem głową, jakbym się z nim zgadzał. Nie wiedziałem, czy jego złość spowodowana była nierozwiązaną zagadką morderstwa Angelli Benton, czy tym, co się stało potem, napadem i następnym morderstwem, czy może faktem, że musiał wówczas przerwać kręcenie filmu.

- Ci dwaj pracowali nad tym pełną parą przez sześć miesięcy - odpowiedziałem. - A potem pojawiły się inne sprawy. Cały czas się pojawiają, wie pan. To nie jest tak, jak w pana filmach. Choć szkoda.
- Jasne, zawsze są inne sprawy - odrzekł Taylor. - To wygodny wykręt, nie ? Wszystko można zwalić na nadmiar pracy. A dziewczyna nie żyje, pieniędzy nie ma - no to trudno. Następny proszę. Szybciej, szybciej.

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ