Hip-hopowa rewolucja na Podhalu, czyli SouthFest debiutuje w Nowym Targu [ZDJĘCIA, RELACJA]
SouthFest udowadnia, że Podhale nie musi kończyć się na oscypku i szlaku w góry. Hip-hopowy festiwal na Długiej Polanie to świeży powiew dla regionu, który coraz wyraźniej domaga się nowej, nieoczywistej tożsamości.
Podhale potrzebowało takiego wydarzenia. I to od dawna. SouthFest nie jest kolejną festiwalową kalką, przeniesioną mechanicznie w nowe miejsce, ale próbą wpisania współczesnej kultury młodzieżowej w przestrzeń, która do tej pory kojarzona była głównie z tradycją, folklorem i górską ciszą. To oczywiście piękne skojarzenia, jednak nie ma powodu, by region żył wyłącznie nimi. Świat się zmienia, a wraz z nim zmieniają się potrzeby młodych ludzi, także tych spod Gorców i Tatr.
Ustawienie sceny na stoku narciarskim Długa Polana to decyzja symboliczna i obiecująca. Miejsce z potencjałem, krajobrazem i historią, które przy odpowiednim prowadzeniu może stać się dla Nowego Targu tym, czym Snow Fest stał się dla Szczyrku. Warunek jest jeden: konsekwencja i myślenie długofalowe. Sezon festiwalowy nie musi kończyć się wraz z wakacjami, a zimowe wydarzenia plenerowe w Polsce już dawno przestały być egzotyką.
Ten mural to nowy hit Wrocławia. Hołd dla polskiej noblistki
Organizatorzy mają za sobą debiut, a to zawsze oznacza naukę na własnych błędach. Pierwsze koty za płoty, drobne potknięcia, które przy kolejnej edycji nie powinny już mieć miejsca. Tym bardziej że sam teren daje ogromne możliwości. Długa Polana pozwala na komfortowe uczestnictwo w wydarzeniu, a jednocześnie - co niezwykle istotne - nie narusza spokoju okolicznych mieszkańców ani przyrody. Wystarczyło oddalić się kilka metrów od sceny, by zanurzyć się w ciszy lasu. Rzadko spotykany luksus jak na festiwalowe realia.
SouthFest działa na styku dwóch światów: muzyki i sportu. Fakt, że wydarzenie odbywa się dosłownie przy wyciągu narciarskim, jest jego dodatkowym atutem. Możliwość zmiany rytmu, od koncertowego tłumu po zimowy stok, nadaje temu miejscu unikalny charakter. To detal, który warto pielęgnować i rozwijać.
Line-up? Z pewnością znajdą się tacy, którzy powiedzą, że mógłby być mocniejszy. Tyle że takie opinie często pomijają lokalny kontekst. Nowy Targ przez lata nie był obowiązkowym punktem na trasach największych artystów. Dlatego obecność na jednej scenie Wac To Ja, Kizo, Jana Rapowanie i Aviego to dla młodych ludzi z regionu wydarzenie o realnej wadze. Dla tych, którym było mało, dodatkową energię zapewniała scena DJ-ska w strefie gastronomicznej, gdzie muzykę serwowali młodzi twórcy związani z ekipą Friza.
Największym zwycięzcą wieczoru okazał się Jan Rapowanie. To on zgromadził pod sceną najliczniejszą publiczność i to on nawiązał z nią najbliższy kontakt. Jego anegdota o dawnych wizytach w Nowym Targu i grze w koszykówkę na Hali Gorce została przyjęta z entuzjazmem, a żart o czterdziestoletniej hali tylko podkreślił jego swobodę sceniczną. Kizo, mimo imponującego katalogu przebojów, wypadł wyraźnie słabiej. Jego występ sprawiał wrażenie odhaczonego, pozbawionego energii znanej z większych festiwali. Tłumaczenie mrozem brzmiało tym bardziej osobliwie, że tego dnia aura była wyjątkowo łaskawa.
Pogoda w ogóle pozostaje jednym z największych wyzwań South Festu. Zbyt niskie temperatury mogą odstraszyć publiczność, zbyt wysoka odwilż - zamienić teren w grzęzawisko. Tym razem zabrakło śniegu, co szczególnie dało się odczuć w strefie gastronomicznej. Kilka prostych rozwiązań, jak gumowe maty, mogłoby znacząco poprawić komfort uczestników. Podobnie jak lepsza organizacja transportu i oznakowanie drogi z przystanku autobusowego. Na miejscu nie brakowało osób, które zwyczajnie nie wiedziały, w którą stronę iść.
SouthFest to jednak coś więcej niż muzyka. To realna szansa na promocję miasta i regionu. Już pierwszą edycję odwiedzili uczestnicy z różnych stron Polski - od Olsztyna, przez Kraków, po Gdańsk i Zakopane. Wystarczy spojrzeć na przykład Open’era, by zrozumieć, jak ogromny wpływ mogą mieć festiwale na lokalną gospodarkę. Hotele, restauracje, drobni przedsiębiorcy - wszyscy korzystają na takich wydarzeniach.
Tym bardziej zaskakuje fakt, że samo miasto Nowy Targ sprawiało wrażenie najmniej zaangażowanego beneficjenta. Zamiast żyć festiwalem, witało przyjezdnych gęstym smogiem i duszącym zapachem dymu z kominów. Spacer przez Rynek wymagał maseczki, a powietrze przypominało ogniskowy wieczór - bez ogniska i bez lata. Problem zanieczyszczenia powietrza od lat pozostaje jedną z największych bolączek miasta i trudno udawać, że go nie ma. Jeśli Nowy Targ chce korzystać z potencjału takich wydarzeń, musi równie poważnie potraktować kwestie jakości życia.
Pierwsza edycja SouthFestu jest już historią. Historią całkiem udaną. Wielu uczestników nie kryło nadziei, że festiwal powróci w przyszłym roku. Czy organizatorzy mają w zanadrzu kolejne pomysły? Czas pokaże. Jedno jest pewne - Podhale zabrzmiało hip-hopem i dobrze byłoby, gdyby nie był to jednorazowy akord.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualnej Polski