Kłopoty miłosne popłacają

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Niedziela, 1 sierpnia O kurczę, co za stres.

Nieomal spóźniłabym się na samolot. Na lot do Paryża, mający ukoić moje złamane serce. Wszystko przez Justusa. Słodki, kochany Justus, w którym po wielu nieporozumieniach w końcu się zakochałam. Justus i Jojo - idealna para. A potem to! Kiedy nasz związek znajdował się w fazie rozkwitu, jego rodzice przeprowadzili się do innego miasta. A ja zostałam bez Justusa, za to przepełniona miłosnymi rozterkami. Bo już więcej się u mnie nie zameldował. Żegnaj, Justusie. Moje życie jest skończone. Przynajmniej moje życie uczuciowe.

Fakt, że siedziałam tylko w domu, głośno wzdychałam do siebie i z bólem spoglądałam w niebo, wkurzył moją mamę. No tak, prawdopodobnie było jej mnie żal i miała dobre intencje:
- Jojo-skarbeczku - a tak między nami: Jojo-skarbeczek ma już trzynaście lat i powoli się wyskarbeczkował - powinnaś pojechać w podróż. Wtedy zaczniesz myśleć o czymś innym.
- Wyjazd nic nie zmieni, wszystko będzie mi tylko przypominać Justusa - powiedziałam.

Ale moja mama tego nie pojmuje. - Dlaczego, przecież jeszcze nigdy nigdzie razem nie wyjeżdżaliście?
- To nie ma znaczenia. Jak się jest naprawdę zakochanym, wszystko przypomina o tej miłości. Pociągi będą mi przypominać Justusa, samoloty, obce kraje, nawet opakowanie serka bryndzy.
- Bryndzy?!
- Tak, bryndza też.
Moja mama pokręciła głową i głośno westchnęła:
- Bryndza.
- Proponuję, żebyśmy zaszczepiły Jojo przeciwko dojrzewaniu. Na pewno jest na to jakaś szczepionka. Jeśli nie, to spróbujmy ze szczepionką przeciwko wściekliźnie - poradziła moja siostra Flippi. Ma osiem lat, jest denerwująca i absolutnie zbędna.

Mama, jak zwykle osoba bezstronna, mało nie umarła ze śmiechu. Doprowadziła mnie do szału.
Próbowała jednak załagodzić sytuację: - Jojo, nie denerwuj się, Flippi przecież tak nie myśli.
- Ależ tak - wyszczebiotała Flippi, zacisnęła pięści i przyjęła pozycję do ataku.
Momentalnie mama rzuciła się między nas na szczupaka i powiedziała milutkim głosikiem:
- Flippi, serduszko, dlaczego nie pójdziesz do lodówki i nie weźmiesz sobie loda?!
- Loda?! Loda??! A czemuż to? Może w nagrodę za to, że Flippi znowu była totalnie niewrażliwa, bezczelna i obraziła mnie? Co to ma być za kara? - Mało nie pękłam ze złości.

Flippi tylko wyszczerzyła ironicznie zęby: - Ty naprawdę nie masz pojęcia o wychowywaniu dzieci!
Ach tak, a ona ma. A moja mama to już dopiero. Z tą rodziną naprawdę nie można wytrzymać. - Dlaczego nie wyślesz tego bachora do jego pokoju? - spytałam mamę.
- Bo Flippi nie poszłaby do swojego pokoju. Chciałam zapobiec wojnie między wami. A to była najlepsza metoda! - To są już szczyty! - Nie mogłam się uspokoić. - Świetne metody wychowawcze. Ja przeżywam miłosne rozterki, a Flippi dostaje loda.
- Ty też sobie przynieś loda! - wydusiła z siebie mama i szybko dodała:
- ale dopiero jak Flippi wyjdzie z kuchni.

Lody nie pomagają w miłosnych rozterkach.
Dlatego muszę teraz pojechać do Paryża. Żeby się od tego oderwać. Tak zarządziła moja mama. Sądziła, że najlepszym lekarstwem na miłosne rozterki będą cztery tygodnie pobytu językowego w Paryżu. Moja mama i jej dziwne teorie... Czy Paryż pomoże, zobaczymy.

A potem mało by sama wszystkiego nie spaprała. Po prostu zapomniała datę odlotu.
Dziś rano biegiem długodystansowca wpadłyśmy na lotnisko. Denerwująca zmora Flippi leciała przez całą halę odlotów, wymachując rękami w powietrzu i krzyczała:
- Z drogi! Mamy ostry przypadek!
Mało delikatnie torowała drogę. Czas, który w ten sposób zyskałyśmy, traciłyśmy przez mamę, która przepraszała z osobna każdego, na kogo wpadła Flippi, uściśnięciem ręki i długimi wyjaśnieniami, dlaczego się spóźniłyśmy i dlaczego musimy się tak śpieszyć. Osiągnęłam niesamowitą szybkość, kiedy w końcu dotarłyśmy do okienka odlotów, dlatego potrzebowałam długiej drogi hamowania. Walnęłam z całej siły w jakiegoś chłopaka, który stał w kolejce. Nie byłoby tak źle, gdyby nie trzymał w ręce kubka z colą. No tak, coli potem już nie miał w kubku, tylko na swoim swetrze.

Mama i Flippi nie zwróciły na mnie uwagi i poleciały dalej. Stanęłam i powiedziałam: - Ups.
- Ups to nie przeprosiny - stwierdził ten typ całkiem luzacko.
- Bo i nie miały to być przeprosiny - odparowałam zgodnie z prawdą. Otóż powiedziałam ,ups", bo ten gość był naprawdę super przystojny.
Spojrzał na siebie.
- A co...

Nie zdążył dokończyć, bo nagle obok mnie stała znowu Flippi.
- Nie ma czasu na ściemy. Ona musi zdążyć na samolot - zawołała Flippi do tego typa i szarpnęła mnie za sobą, zanim mogłam cokolwiek powiedzieć. Szkoda.
Tymczasem mama zaczepiła jakąś kobietę z linii lotniczych.
- I proszę zwrócić uwagę, żeby coś zjadła. Ona zawsze była wybredna, jeśli chodzi o jedzenie - Potem wyjęła coś z torebki i podała tej pani - To są ciasteczka muesli. Proszę jej dać ciasteczka, dopiero jak będzie miała pusty talerz.
- Mamusiu! - syknęłam do niej. - Co to ma znaczyć?

Wybredna! Wcale nie jestem wybredna. Po prostu nie wszystko jem.
Mama zignorowała moją uwagę i przedstawiła mnie tej pani.
- To ona. Moja córka Jojo. Właściwie ma na imię Josefine, ale...
- Mamusiu, proszę! - zaklinałam ją.
Kobieta usiłowała wziąć wdech. Było widać, że jest wykończona. Zwróciła się do mnie:
- Musisz się pośpieszyć. To ostatnie wezwanie dla wszystkich lecących tym samolotem.

Mama głęboko westchnęła, wzięła mnie w ramiona i przytuliła tak mocno, że aż zabrakło mi powietrza i zaczęłam sinieć. Uratowała mnie Flippi.
Dała mamie kuksańca w bok i stwierdziła:
- Zostaw ją przy życiu, nie mam ochoty wynosić jeszcze zwłok z lotniska.

Mama obrzuciła ją karcącym spojrzeniem, ale przynajmniej poluźniła trochę uścisk i mogłam znowu oddychać. Po dziewięćdziesięciu trzech ostrzeżeniach, co koniecznie mam i czego absolutnie nie mam robić, mogłam wreszcie odejść.

Pani, której mama udzieliła wskazówek dotyczących mojego żywienia i dała ciasteczka muesli, pozostała przy okienku. Mama spojrzała na nią i spytała:
- Co to ma znaczyć, pani nie leci tym samolotem?
- Nie jestem stewardessą. Należę do personelu naziemnego. Nie latam.
Mama, totalnie oburzona, wyrwała jej z ręki ciasteczka.
- Mogła to pani od razu powiedzieć - zawołała z oburzeniem.
- Chętnie bym to zrobiła, ale nie dopuściła mnie pani do głosu.

Mama zignorowała ten komentarz, pobiegła za mną, wcisnęła mi do ręki ciasteczka i pogłaskała po głowie. Nienawidzę tego. Poza tym nienawidzę ciasteczek muesli. Za plecami mamy podałam je szybko Flippi. Jeśli chodzi o takie akcje, to jesteśmy zgraną drużyną.

Flippi jest wdzięczna za każdy rodzaj pożywienia. Wdzięczny jest każdy, kto u nas mieszka i o kogo pod względem jedzenia troszczy się moja mama. Albo trzeba kompletnie stłumić głód, albo jeść to, co o własnych siłach przed nami nie ucieknie.

W samolocie padłam na pierwszym lepszym miejscu. Uf.
Mój pierwszy lot i do tego taki stres. Inaczej to sobie wyobrażałam.
Chciałam zapiąć pas, jednak sprzączka się zacięła tak, że musiała mnie uwalniać stewardessa.
- Wygodnie ci? - spytała.
- Może być. - Fotel był jakby za ciasny.
- Może zdejmiesz plecak i położysz go pod siedzeniem?
Ale obciach. W tym całym zdenerwowaniu całkowicie umknęło mi, że mam go jeszcze na plecach. Potem wygrzebałam pamiętnik. Właściwie uważam, że pisanie pamiętnika jest głupie. Przede wszystkim dlatego, że zdaniem mamy to świetne. Z tego powodu o mało nie przestałam pisać.

Mamy naprawdę powinny uważać na to, co mówią.
Jeśli o mnie chodzi, to możemy startować, pomyślałam. Do Paryża! Do miasta miłości.

Dziesięć minut później

Po mnie do samolotu weszły jeszcze dwie osoby. Słyszałam, jak próbują pertraktować ze stewardessą, bo nie siedzą obok siebie. A jeden facet wrzeszczał, że potrzebuje suchego swetra, bo jakaś nienormalna panienka bez mózgu wylała na niego colę. Głos wydawał mi się znajomy. O nie, proszę, nie. Zagłębiłam się w fotelu i próbowałam stać się niewidzialna.

Stewardessa poprosiła, żeby najpierw wszyscy usiedli na swoich miejscach, aby samolot mógł wystartować. O resztę zatroszczy się później.

Próbowałam się skurczyć. Ale na nic się to nie zdało. Gość od coli stanął właśnie obok mojego rzędu. Jasne. Najpierw spojrzał na mnie superodjazdowo. Potem nagle szeroko otworzył oczy. Rozpoznał mnie. Ale głupia sprawa.

Totalnie wkurzony, powiedział do starszego typa, z którym wsiadł:
- To nie może być prawda, znowu siedzę w przedziale dla dzieci. Co za bezczelność! Był co najwyżej dwa lata starszy ode mnie.
Starszy facet tylko się ironicznie uśmiechnął i zajął miejsce kilka rzędów za nami.
Mister Cola popatrzył na odcinek swojej karty pokładowej, podstawił mi go pod nos i stwierdził niemiło: - Siedzisz na moim miejscu przy oknie.

O kurczę. Nie miałam pojęcia, że miejsca są numerowane. Powiedziałam chłodno:
- Pewnie, dzieciom zawsze wolno siedzieć przy oknie.
Potem chciałam się przesunąć o jedno miejsce, ale nie dałam rady. Kiedy próbowałam wstać, coś mnie ciągnęło do tyłu.
- Może by tak odpiąć pas? - zaproponował.
- Jak na kogoś, kto stoi tak sobie w mokrym swetrze i nie jest nawet w stanie bezwypadkowo wypić coli, nieźle się zgrywasz.
Podziałało. Teraz już nie był taki wyluzowany.
Pokręcił głową:
- Jaki ty właściwie masz problem?!
Przeżywam miłosne rozterki, ty arogancie!
Odpięłam pas i przepuściłam go.

Stewardessa pojawiła się z jakąś starszą panią i powiedziała, że siedzę na cudzym miejscu.
- Jaki masz numer miejsca? Podaj mi odcinek twojej karty pokładowej.
Obciach do trzeciej potęgi. Już go nie miałam. Udawałam, że zrozpaczona przekopuję plecak. Niczego nie znalazłam. To jasne.
Stewardessa pomogła mi w szukaniu i odkryła na podłodze pod moim siedzeniem kartę pokładową z numerem miejsca.
- Siedzisz nie na swoim miejscu.
Tak, tak, już dobrze. Nie trzeba od razu tak o tym trąbić.
- Chodź, zaprowadzę cię na twoje miejsce.
Superodjazd, pierwsza klasa. Mister Cola uśmiechał się drwiąco.

Pięć minut później

- No i co, nie podobało ci się tamto miejsce? - spytał mój nowy sąsiad.
To był starszy mężczyzna, z którym Mister Cola wsiadł do samolotu.
- Z przodu za bardzo wiało.
Roześmiał się.
- A co, pilot otworzył szyberdach?
Ej, naprawdę był miły. Zaproponował mi nawet swoje miejsce przy oknie.
Bardzo uprzejmy. Wielkie dzięki.
- Piszesz pamiętnik?
Ale obciach.
- Nieee. Odrabiam lekcje.
- Podczas wakacji?
Kiwnęłam głową.
- Bardzo źle się uczę.
- Nie wierzę.
- Bo to nieprawda.

Roześmiał się. Krótka przerwa. Potem znowu zaczął.
- Moim zdaniem pisanie pamiętnika to fajna sprawa.
- Ale ja nie piszę pamiętnika.
- Wiem.
Potem znowu przyszła stewardessa.
- Proszę, złóż swój stoliczek, zaraz startujemy. - Właśnie chciała sobie pójść, kiedy jej spojrzenie padło na mój zeszyt i uśmiechnęła się błogo.
- Ach, pamiętnik. Też kiedyś pisałam.
Ten typ obok popatrzył na stewardessę karcąco:
- To nie jest pamiętnik.
Nie wiedziałam, czy mam się denerwować, czy cieszyć. No, w każdym razie na jakiś czas szlaban na pisanie. Muszę złożyć stoliczek. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego ze złożonym stoliczkiem startuje się lepiej.

Cztery godziny później

Katastrofa. Poważnie.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Mój sąsiad uprzejmie się przedstawił:
- Nazywam się Werner Müller-Birkenschuh. A ty?
- Josefine Sonntag.
- Josefine. Aha.
- Ale wszyscy mówią do mnie Jojo.
- Ładnie brzmi.
Müller-Birkenschuh był całkiem OK. Wyjaśniał mi wszystko, jeśli chodzi o szczegóły techniczne lotu itp.
- Pan też leci do Paryża? - chciałam się dowiedzieć. Głupie pytanie.
Oczywiście wszyscy lecą do Paryża. Przecież nie siedzimy w miejskim autobusie.
Roześmiał się i stwierdził: - Nie, do Dallas.
- Aha.
A jednak jak w autobusie.
Müller-Birkenschuh spojrzał na mnie.
- Lecisz więc do Paryża?
- Oczywiście - odparłam, wygrzebałam mój słownik francuskiego i zaczęłam go czytać.
- Co trzy miesiące latam do Dallas. W interesach. Tym razem chcę także kilka dni odpocząć. Z moim synem. Ameryka to wspaniały kraj – opowiadał dalej.
- Ja też uważam, że Ameryka to świetny kraj. Nigdy jeszcze tam nie byłam. Bardzo bym chciała tam polecieć. Ale teraz muszę do Paryża. Tam też jeszcze nie byłam.

Uśmiechnął się.
- Jak długo będziemy lecieć? - spytałam.
- Prawie dwanaście godzin!
Wow. Jak to?
- Jak będziemy nad Grenlandią, wtedy zobaczysz góry lodowe. Wyjrzyj przez okno.
Grenlandia? Dlaczego Grenlandia? Wyjrzałam przez okno. I nagle zrobiło mi się niedobrze: faktycznie góry lodowe. W całej Francji nie ma gór lodowych. To wiem na pewno.

Nagle stało się dla mnie jasne, że siedzę nie w tym samolocie. To nie żart. Jeśli pod kimś jest Grenlandia, to na pewno minął już Francję i Paryż.
- Dokąd leci ten samolot?
- Do Dallas.
- Jest pan pewien?
- Absolutnie.
- No to siedzę nie w tym samolocie.

Birkenschuh wciągnął głęboko powietrze przez nos.
- Jeszcze mi się coś takiego nie zdarzyło. Jak to się mogło stać? Właściwie chciałam mu powiedzieć, że w naszej rodzinie to całkiem normalne. Ale ze strachu nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku.
Godzinę później

Ja chcę do Paryża. Przecież tak było zaplanowane. Co będę sama robić w Dallas? Coś musiało się wydarzyć. Ktoś musi mnie uratować!
Potrzebny mi cud. Albo czary.
Taaak! To jest to! Flippi!
Zwróciłam się do Birkenschuha.
- Czy jest tu gdzieś telefon?
Pokręcił głową.
- Nie ma telefonu?
- Nie ma.
- Ale ja muszę koniecznie, absolutnie koniecznie porozmawiać z moją siostrą Flippi!
- Możesz do niej zadzwonić, jak wylądujemy w Dallas.
Pokręciłam głową.
- Muszę to zrobić natychmiast.
- W Dallas zadzwonimy do niemieckiego konsulatu, oni się już zatroszczą, żebyś wróciła do domu - zaproponował, żeby mnie uspokoić.
- Zaoszczędzę im fatygi, jeśli powiem natychmiast mojej siostrze, że siedzę nie w tym samolocie.
- Birkenschuh zmarszczył czoło.
- Aha. A to pomoże?
- Tak, ona zmieni trasę przelotu. Muszę lecieć do Francji.
Teraz już na serio się zainteresował.
- A jak twoja siostra sprawi, że samolot poleci do Francji?
- Za pomocą czarów. Moja siostra jest czarownicą.
Oparł się w fotelu i roześmiał.
- Tak, to się zdarza.
Jakoś miałam wrażenie, że nie traktuje mnie poważnie.

A Flippi naprawdę jest czarownicą i potrafi czarować. I mnie to zawdzięcza. Do niedawna to ja byłam czarownicą. Zaczęło się od tego, że w pojemniku na śmieci znalazłam małego pluszowego misia. Czarodziejskiego misia, który spełnia każde życzenie. Miś zresztą działa tylko w rękach dziewczynek, które jeszcze się nie całowały. Ja się nie całowałam. I to jak długo. A więc mogłam czarować, ile wlezie. Było super. Aż zakochałam się w Justusie. Byłam tak bardzo zakochana, że wolałam go pocałować niż pozostać czarownicą. I rzeczywiście: po pierwszym pocałunku zniknęła czarodziejska moc. A więc podarowałam misia Flippi. Mam tylko nadzieję, że to nie był błąd! Bo Flippi nie posiada wrodzonego talentu do czarowania. Najlepszym na to dowodem jest historia z pralką.

Flippi zaproponowała mamie, że zajmie się praniem. Mama bardzo się ucieszyła, że Flippi wreszcie wykazuje zainteresowanie gospodarstwem domowym, i dokładnie jej wyjaśniła, jak działa pralka. Później zobaczyłam, jak Flippi stoi przed pralką i górą brudnej bielizny i ściska tak mocno czarodziejskiego misia, że mało mu nie wyjdą z głowy oczy z guzików.

Spytałam ją, co takiego robi, a ona odparła:
- Piorę czarami.
Podniosłam jedną koszulę. Była jeszcze brudna.
- Ale ci to nie wychodzi - stwierdziłam rzeczowo.
Flippi się zastanowiła. Potem zapakowała pranie do pralki. - Możebielizna musi być w pralce, żeby czarodziejski miś zadziałał. Być może.
Flippi znowu spróbowała. Ściskała misia jak wariatka. Ale za każdym razem, kiedy zajrzałam do łazienki, bielizna była brudna.
- Może w pralce musi być proszek - zastanowiła się i poszła po proszek.
A ja wróciłam do swojego pokoju.
Kiedy kilka godzin później spytałam, jak tam pranie, Flippi, promieniejąc z radości, stwierdziła:
- Wszystko gra.
Zaprowadziła mnie do pralki. Była włączona.
- Jak ci się to udało?
- To tylko kwestia koncentracji - odpowiedziała Flippi bez namysłu. - Włączyłam pralkę i bardzo mocno zapragnęłam, żeby bielizna zrobiła się czysta. I myk - udało się. Czarowanie jest naprawdę dziecinnie proste. To mówi samo za siebie.

Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!