Kobieca strona mafii
8 października 2015 roku, po osiemnastu miesiącach odsiadki, z więzienia wyszła Monika Banasiak - była żona szefa gangu pruszkowskiego. Andrzej Z., pseudonim Słowik, w świetle zeznań świadka koronnego Masy objawił się jako niebezpieczny gangster, odpowiedzialny za śmierć wielu ludzi. Tymczasem, we wspomnieniach żony, Słowik był przede wszystkim kochającym mężem i ojcem, a także mężczyzną z charyzmą i władzą. Mężczyzną, w którym po prostu się zakochała.
Żona gangstera
"Królowa mafii" to książkowy wywiad z Moniką Banasiak, przeprowadzony przez Piotra Pytlakowskiego , dziennikarza "Polityki" i autora bestsellerów o polskich gangsterach. Słowikowa, jak ją nazwał, opowiada o kolorowych latach 90., wystawnych imprezach i podróżach za granicę, o żonach i kochankach innych mafiosów. A także o kulisach jej aresztowania i pobycie w więzieniu. Jak sama zaznacza, książka to dla niej sposób na oczyszczenie.
Panna z dobrego domu
Monika nosi nazwisko Banasiak, przejęte po mężu - on zaś, dla zmylenia policji, przyjął jej rodowe nazwisko: Zieliński. Przyszła "pani Słowikowa" urodziła się w tak zwanym "dobrym domu" - jej matka uzyskała dyplom szkoły tańca klasycznego w Bytomiu, tańczyła w zespołach Śląsk i Mazowsze, uczyła choreografii w warszawskiej Szkole Baletowej na Moliera. Z kolei ojciec Moniki wywodził się z Łodzi, z rodziny posiadającej sklep jubilerski i majątek ziemski pod Lwowem.
W rodzinie Moniki mieszają się korzenie niemieckie, włoskie, rosyjskie i żydowskie, a ona sama twierdzi, że ta mieszanka odpowiada za jej temperament. Babcia dziewczyny prowadziła na Saskiej Kępie kawiarnię "Sułtan" - kultowe miejsce lat 60. i 70., w którym spotykał się cały ówczesny światek artystyczny. Monika ukończyła jedno z najlepszych liceum w Warszawie, imienia Mickiewicza, czyli słynną "Czwórkę".
Pierwsze spotkanie
Po maturze chciała zostać lekarzem, ale dostała się na farmację. Zatrudniła się na dziewięć miesięcy w szpitalu na Mokotowie, gdzie sprzątała i zdobyła potrzebne na studia medyczne punkty. Tych ostatnich jednak nie ukończyła, bo na czwartym roku wzięła urlop dziekański i "już tak zostało". Zakochała się w Krzysztofie, tak jak ona pochodzącym z dobrego domu. Jednakże w dniu ślubu zostawiła go przed ołtarzem i wyjechała w góry.
Andrzeja, z zawodu fryzjera, ukrywającego się w Warszawie przed wymiarem sprawiedliwości, Monika poznała w 1989 roku. Skazany za kradzieże chłopak ze Stargardu Szczecińskiego nie wrócił z przepustki do zakładu karnego w Płocku. W stołeczne powiązania świata przestępczego wprowadzał go Zygmunt R., pseudonim Bolo - jego jedyny prawdziwy przyjaciel. Z Moniką spotkali się po raz pierwszy w biurze nieruchomości, należącym do Wojciecha P., pseudonim Pimpek - gdzie dziewczyna pracowała.
Kawa w Paryżu
Według słów Moniki, Andrzejowi od razu spodobały się jej długie nogi i brązowe oczy. Ją również zafascynowała jego osoba, a w szczególności niebieskie, płochliwe oczy - kontrastujące z pewnością siebie, jaką prezentował od wejścia w progi biura. Ten kontrast miał być zawsze obecny w ich życiu: przy żonie Słowik był czułym, opiekuńczym, wrażliwym facetem; przy kolegach zaś i interesach - twardym, bezkompromisowym szefem.
Po pierwszym spotkaniu Andrzej zaproponował Monice pójście na kawę i obiecał zabrać ją w ciekawe miejsce. Jak obiecał, tak zrobił - zabrał ją na tę kawę do Paryża. Później spędzili razem sylwestra i pojechali na narty do Davos, gdzie po raz pierwszy się kochali. Monika, obeznana z życiem na wysokim poziomie, nauczyła obserwującego ją chłopaka wielu rzeczy: a to jedzenia ostryg, a to jazdy na nartach... On z kolei stopniowo wprowadzał ją w swój świat, zupełnie inny niż to, co dotychczas znała.
Niekończąca się impreza
Spośród żon i kochanek kolegów Słowika Monika (nazywana zwykle Moni) była najmłodsza. Inaczej się ubierała i zachowywała. Świat "niegrzecznych chłopców" fascynował ją od początku - zawsze chciała się zbuntować, zrobić coś na przekór środowisku, w którym się wychowała. W pamięci najbardziej utkwiła jej dobra zabawa w nowym gronie znajomych: szampan i drogie wina, kawior, dobre samochody i liczne wyjazdy, także zagraniczne. "Chłopcy" zarabiali duże pieniądze w szybkim tempie i wydawali je z łatwością, z każdego dnia czyniąc święto.
W to nowe życie Monika weszła bez strachu, nie dostrzegając drugiego dna ich nieustającej zabawy. Wspomina szalone weekendy spędzane w Mikołajkach, w hotelu należącym do Tadeusza Gołębiewskiego. Kąpała się tam w jeziorze na koniu (podarowanym jej przez męża), a także tańczyła na fortepianie w butach na dwunastocentymetrowym obcasie. Zniszczony instrument Słowik potem odkupił.
Ślub w Las Vegas
Na początku ich znajomości Monika nie pytała, na czym dokładnie polegają interesy jej narzeczonego. Przyznał jej się, że siedział w więzieniu i że stara się o ułaskawienie. Dopiero po jego otrzymaniu chciał się z nią ożenić - żeby nie musiała na niego czekać, w razie gdyby musiał wrócić za kratki. Nie ukrywał też przed nią, że wolność zapewniła mu łapówka w wysokości 150 tysięcy dolarów, otrzymanych przez anonimowego do dzisiaj urzędnika kancelarii Lecha Wałęsy.
Ułaskawienie otworzyło zakochanym drogę na ślubny kobierzec. Pobrali się w Las Vegas, skąd wynajętym helikopterem dotarli przy okazji nad Wielki Kanion. Luksus, kasyna, delfinarium w hotelu - Monice wydawało się, że przebywa w cudownej, kolorowej bajce. Bezgranicznie kochała swojego męża, który obdarzał ją tak samo gorącą miłością. Wobec niej nigdy nie bywał brutalny ani agresywny - tylko raz sprawił jej lanie paskiem. Bo w sopockim hotelu Grand zatańczyła o jeden taniec za dużo z kimś, jak sama określa, "z kim nie powinna była".
Kobieta od wszystkiego
Monika w wywiadzie kilkukrotnie podkreśla, że lepiej dogaduje się z mężczyznami niż z kobietami. Wśród prostych i wulgarnych gangsterów posiadająca pewne obycie i znająca języki obce kobieta zajmowała się załatwianiem różnych rzeczy: zamawiała stoliki w restauracjach podczas zagranicznych podróży, meldowała ich w hotelach, rezerwowała bilety w teatrze... Samą siebie nazywa ich "instruktorem kulturalno-oświatowym".
Przemyt i inne nielegalne działania znajomych męża traktowała jako "niegroźne brojenie", jeden ze sposobów dorabiania się w rzeczywistości lat 90. Dopiero po pewnym czasie zrozumiała, że żyje w świecie, gdzie ludzie do siebie strzelają. Wstrząsnęła nią pierwsza śmierć: zastrzelenie Jacka Dresza, później Wojtka Kiełbasy. Siebie i męża uważała za chronionych, nawet kuloodpornych - ale i to złudzenie wkrótce znikło.
Zamach bombowy i porwanie
Ludzie Wariata, brata Dziada - szefa gangu wołomińskiego - zorganizowali zamach na Słowika. Pod blokiem, w którym mieszkał z żoną, podłożono skonstruowaną amatorsko bombę. Ładunek eksplodował, gdy para wracała z zakupów przed imieninową kolacją Słowika. Andrzej osłonił żonę własnym ciałem, a siła wybuchu wybiła w ośmiopiętrowym bloku wszystkie szyby.
Po tym zdarzeniu Monika zrozumiała wyraźnie, że znajduje się w niebezpieczeństwie. W jakiś czas potem kobieta została porwana. Przetrzymywano ją w zimnej piwnicy, przykutą do kaloryfera kajdankami. Dostawała tylko wodę do picia, nie mogła nawet wyjść do toalety i nie widziała żadnego z napastników. Po trzech dniach koszmaru została uwolniona przez męża. Jest przekonana, że za tym porwaniem również stali ludzie z Wołomina.
Bóg w życiu gangstera
Monika wielokrotnie powtarza, że wiara w Boga i religia zawsze były ważne dla niej i jej męża. Jego postępowanie nie było zgodne z przykazaniami, ponieważ cierpiał na dualizm osobowościowy: raz dominował w nim agresywny i energiczny mężczyzna (działo się to częściej), a raz zalękniony chłopak z małego miasta. Lubił studiować Biblię i w młodości był nawet w seminarium wyświęcony na diakona.
Z inspiracji znajomego księdza "Słowikowie" wzięli ślub kościelny w Nazarecie. Pod jerozolimską Ścianą Płaczu mieli też wymodlić swojego upragnionego syna, którego Monika urodziła w wieku 38 lat.
Rozpad miłości
Po aresztowaniu Słowika i dobrowolnym poddaniu się przez niego karze nastał czas próby dla ich małżeństwa. Pozostawiona bez opieki męża kobieta, osaczona przez ludzi chcących ją albo zabić, albo wyciągnąć od niej pieniądze (o których krążyły legendy), przypadkiem poznała Romana O., pseudonim Sproket. Mężczyzna stał się pracownikiem w jej firmie, osobistym kierowcą, a z czasem i kochankiem.
Po półtora roku romans się zakończył - Monika dowiedziała się, że Sproket to prawa ręka Masy, zeznającego przeciwko jej mężowi. Pojawił się za to Wadim, ukraiński były komandos. Początkowo rozmawiali ze sobą tylko przez telefon, potem spotkali się w radomskim więzieniu, gdzie Wadim odsiadywał karę za wymuszenia rozbójnicze. Gdy wyszedł na wolność, związali się na dobre. Podczas widzenia z mężem Monika wyznała mu, że zakochała się w innym mężczyźnie. Ich małżeństwo zakończyło się ostatecznie rozwodem.
Więzienie
Monikę zatrzymano 13 czerwca 2013 roku na podstawie zeznań Sproketa, jej byłego kochanka. Lista zarzutów była długa: kierowanie grupą przestępczą, przemyt narkotyków i pośredniczenie w ich sprzedaży... "Padłam ofiarą legendy swojego męża" - mówi Słowikowa z perspektywy czasu. Nie poszła na żadne układy z prokuraturą, odsiedziała dwa i pół roku w areszcie na ulicy Chłopickiej, z powodu panującego w środku chłodu zwanego Kamczatką.
W więzieniu czytała Biblię i odmawiała różaniec - co pomogło jej przetrwać te trudne chwile. Związek z Wadimem się rozpadł, ale zachowali przyjazne relacje. Po opuszczeniu przez Monikę więzienia to on czekał na nią z bukietem kwiatów i zawiózł ją do jej matki, gdzie zamieszkała. Znalazł jej też doraźną pracę: sprzątanie biur. Dziś kobieta żałuje tylko jednego: że dała się ponieść emocjom chwili i zostawiła Andrzeja w więzieniu.
Aleksandra Kromp/książki.wp.pl