Po „Sarmatach…” wiele sobie zatem obiecywałam, przeczytałam zaś, niestety, przydługi artykuł publicystyczny o polskich wadach narodowych, dość chaotycznie zilustrowany przykładami. Z tytułowych „kłamstw, przemilczeń i półprawd w historii Polski” autor wybrał te najbardziej, jego zdaniem, toksyczne, umacniające ksenofobię i uwielbienie straceńczej bohaterszczyzny, zdecydowanie za to bardziej efektowne od propagowania powszednich cnót obywatelskich. W dwunastu rozdziałach odbywa się na naszych oczach demontaż najrozmaitszych mitów, od Polaka-Sarmaty (tu, akurat, przydługi wywód o starożytnych Sarmatach zdominował istotę problemu, czyli nieśmiertelny barok w polskich głowach), przez „kraj bez stosów” (gdzie autor, niestety, w jedne płomienie wrzucił heretyków, ateistów i czarownice), obronę Częstochowy, aż po wallenrodyzm („demontowaliśmy system od środka”) i narrację Powstania Warszawskiego, całkowicie pomijającą śmierć dwustu tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy.