Wiem, że Borders to biznes, a nie organizacja dobroczynna. Chodzi mi jednak o to, że biznes firmy Borders ma niewiele wspólnego ze sprzedażą książek. W ogóle w wielkich, sieciowych księgarniach od dłuższego czasu zmniejsza się powierzchnia przeznaczona na książki. W ich miejsce pojawiają się kolorowe baloniki i konfetti, artykuły papiernicze, ozdobne pocztówki i gadżety, których sprzedaż bardziej się opłaca. Jakieś 20 lat temu rynek księgarski bardzo się zmienił. Księgarnia przestała być tajemniczym miejscem, pełnym zakurzonych ksiąg ze starożytnymi mądrościami rodem z Dickensa . A jeszcze 25 lat temu właśnie takich księgarni pełno było w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu. Dziś rządzą gigantyczne sieci księgarń, które są w stanie wykupić każdego niezależnego sprzedawcę. Mają też możliwość negocjowania rabatów z wydawcami, a więc mogą zaoferować książki taniej niż małe, niezależne księgarnie.