Tyszka zręcznie przemyca dobre wzorce wplatając je w naturalny bieg akcji. Nie ma tu miejsca na nachalne pouczanie i moralizatorski ton belfra zza drewnianego biurka. Pojawia się za to świetna promocja czytelnictwa, a przy okazji pochwała przyjaźni i działalności małych wspólnot, w których może wziąć udział każdy, czy to w wiosce, czy w nieco zaniedbanej dzielnicy dużej aglomeracji miejskiej. Nie zdziwicie się, jeżeli dzieci podczas lektury zapytają was o literackie noblistki. Przygotujcie się zawczasu na odpowiedź, czemu mama Hani piecze sernik Alice Munroe albo piernik Doris Lessing. Jeżeli wasza córka nie czytała jeszcze Dzieci z Bullerbyn, to będziecie musieli szybko pobiec do księgarni po powieść Astrid Lindgren, bo zachwyty Hani nad szwedzką wioską są bardziej sugestywne niż reklama wafelka w kokosowej polewie.