Laboratoria zmysłów
Hieroglif rozkoszy
Quid est malum? Czym jest jabłko? Sferoidalnym symbolem pełni, owocem o gładkiej skórce (ale można by powiedzieć – skórze), niewinnym w swoim delikatnie pachnącym miąższu, o dwoistej duszy (męskiej i żeńskiej, również w językowych wariantach „pomo” i „mela”, typowych dla regionów północno-wschodnich Włoch). Jego tajemnicza zmysłowość graniczy z androginizmem, należy do świata niebiańskiego i piekielnego, uwzniośla i wprawia w pomieszanie, uszlachetnia i skłania do grzechu, ofiarowuje cielesną rozkosz, ale i jest źródłem malignitas, szkodzi, kiedy kosztuje się je niedojrzałe albo poza sezonem, niesie z sobą czary i zaklęcia. Dendroskopia jabłoni i anatomia jabłka wymagają wyostrzonego lancetu, dokładnych przyrządów optycznych. Wilgotny hieroglif świata, soczysty owoc nieba i ziemi, mięsista narośl solarna i lunarna, ta domena roślinnej alchemii pozostaje głęboko związana z duchem świata podziemnego, ukrytym mętnym płynem, z „wilgotną substancją” albo „pierwszą materią”, zasadą wszechrzeczy, aqua unctuosa,
ożywioną przez spiritus vegetativus, z rozrodczą quidditas symbolizowaną przez węża lub smoka czy hydrę schowaną w gałęziach albo pniu drzewa, z kosmicznym fallusem destylującym życiodajne soki. Począwszy od paradisus voluptatis (zawierającego w sobie wodę życia i czarodziejskie balsamy) aż po ogród Hesperyd, cór nocy, w śródziemnomorskich i zachodnich mitologiach, jak i w mitologiach Persji i Wschodu, jabłoń kojarzy się nieodmiennie z wężem, chtonicznym gadem, który zrzuca co roku skórę i się odnawia, z symbolem odrodzenia reprodukcyjnej energii, zwycięskiego trwania zdolnego wstrzymać bieg rzeki ku śmierci, triumfu nad czasem. Czas powraca spiralnie do siebie samego, przeszłość włącza się w wieczne teraz, senex znów staje się młody, nowe przegląda się w pomarszczonej twarzy starego.
Jabłko jako owoc o podwójnej, tajemniczej naturze, słonecznej i księżycowej, wieloznacznej i pozornie antytetycznej, jest przedmiotem symbolicznym, nasyconym silnie erotyzmem i zmysłowością. Według znakomitego komentatora Wergiliusza, Servusa Gramatyka, starożytni nazywali potocznie mala (jabłkami) męskie jądra.
Niejasny niepokój, jaki ogarnia nas już od samego początku, kiedy wkraczamy do sadów, do pometa, miejsc o wysokim stopniu stężenia magii, wynika z instynktownego przeczucia, że znaleźliśmy się w sferze odrębnej, innej, chronionej przez niewidoczne mury; w uporządkowanym teoremacie wegetacyjnym, zarezerwowanym dla owych milczących żywych organizmów, nieruchomych zwierząt, które mamy zwyczaj nazywać roślinami. Zdaje się nam, że wtargnęliśmy w wymiar konkretny i namacalny, a przecież tajemniczy i nieuchwytny. Sad, ogród, sad jabłonowy to z pewnością nie „miejsce strachów i zjaw” (Roger Caillois), typowe dla wielkich borów, ani ingens selva, ule (???) pełna tajemniczych istnień, ciemny las, gdzie przytrafiają się przygody, zabłądzenia, metamorfozy, zaskakujące spotkania. Sad natomiast, w swojej dyskretnej wyciszonej wilgotnej atmosferze, gdzie płyną ciche i niemal niezauważalne strumyki, może stać się miejscem milczących zachwytów, subtelnych fascynacji euklidesowych, które – inaczej niż w wypadku puszczańskiego
chaosu, leśnego zamętu – biorą się z układu zasadzonych drzew, racjonalnego niczym zamysł idealnego miasta, geometryczna szachownica, matematyczny labirynt wytyczony przez „wspaniały ład” (Boccaccio) upraw zaplanowanych przez racjonalny umysł, który zgodnie z pradawną wiedzą sadowniczą stosuje rozmaite kombinacje i skrzyżowania. Owe Theologie vegetali czynią z rolnika mistrza cyklicznej rotacji, „przyrodniczego” czarodzieja. Musiał on „znać wiele nauk, na przykład filozofię, aby móc poznać naturę żywiołów, najważniejsze zasady rolnictwa, astrologii (jeśli jest w niej coś pewnego), po to, by wybrać odpowiednią porę do siania, geometrię, aby wymierzyć pole […]”.
Sekrety roślin, niezrozumiałe polichromowe komunikaty, jakie przesyłają nam owoce, również te najbardziej banalne i pospolite, nie dają nam spokoju właśnie dlatego, że wymyka się nam ich sens i język. Mogą jawić się one naszemu marnemu wzrokowi, owemu „słońcu, że tak powiem na niebie-czole, ale słońcu podwójnemu” (Paolo Segneri), jako przedmioty wyzbyte motywacji, rzeczywistość „hipnotyczna”, ponieważ „naturalna”. Sprowadzone do bezsensownych i niezrozumiałych znaków mogą stać się zagadkowymi symbolami, źródłem niewytłumaczalnych fascynacji optycznych. Życie wegetacyjne, limfatyczna zielona egzystencja, stanowi dla nas odległy wzór świata innego niż ludzki, niemal absolutną odmienność, niepokojącą i niedostępną różnicę.
Któż ośmieliłby się dziś postrzegać człowieka jako odbicie lustrzane arbor inversa, odwróconego drzewa? Któż ośmieliłby się przyrównać korzenie do włosów, pierś do pnia, albo widzieć w liściach słowa, w kwiatach intencje, w owocach cnoty, w pączkach myśli, w gałęziach siłę i potęgę? Któż przyrównałby ludzi do drzew zdolnych się poruszać: Video homines velut arbores ambulantes?
Reprodukowalne seryjnie, lecz zwodnicze, usłużne i udomowione, ale nigdy nie oswajalne, rośliny zgwałcone przez krzyżowania, skażone przeszczepieniami, mile widziane, lecz nie obdarzane miłością, współżyjące z nami, ale z pełnym rezerwy dystansem, dalekie od naszej miejskiej wrażliwości, naszych sztucznych pragnień obgryzaczy, z konieczności bardziej niż dla przyjemności, pojawiają się na zielonych widnokręgach niczym roślinne duchy zepchnięte na margines ecumene, które przetrwały trującą epopeję samochodów, epifanię bliskiego czwartorzędu. Rośliny często stanowiły obiekt pomysłowości człowieka, który w późnorenesansowych i barokowych ogrodach zachowywał się jak kapryśny wynalazca w laboratorium roślinnej alchemii, próbując krzyżowań, metamorfoz, wynaturzeń, zakłóceń.
„Szczególnie zadziwiający jest widok nieskończonej różnorodności drzew, które do swych wrodzonych uroków dołączają nadzwyczajny przepych wspaniałej, niezrównanej sztuki: laur, bukszpan, bluszcz, mirt tworzą tysiące obrazów, na przykład statków zaopatrzonych w żagle, wiosła i maszty. Albo zamków z mostami i basztami, wszelkiego rodzaju zwierząt i tym podobne, jakże liczne pomysły. Normalną rzeczą jest widzieć mury pokryte od góry do dołu liściastym płaszczem niczym jakimś gobelinem. Nie ma powodu, by zachwycać się przesadnie pergolami, przypominającymi loggie i komnaty, ale cóż powiedzieć o winogronach bez pestek, o różach czerwieniejących w środku zimy, o słodkich jabłkach rosnących na kłujących owocach? Czyż nie dziwi nas taka rozmaitość gruszek, fig i śliwek, brzoskwinia o smaku orzecha, owoce cedru i jabłoni nasycone delikatnym słodko-kwaśnym sokiem, co sprawia rozkosz naszemu podniebieniu, czyż nie zaskoczy nas to, że na jednym krzaku dojrzałej winorośli rosną winogrona w kolorze wiśni, w porze, w której
te ostatnie smakują najbardziej? I że na tym samym krzaku kwitną róże purpurowe i białe, skutek setek i tysięcy sztuczek, niezwykłych efektów, pomysłowości i wyrafinowania w sztuce, bez której nie tylko w ogrodach, ale i na szczerym polu wszystkie drzewa i rośliny straciłyby (wkrótce) na uroku i stałyby się bezużyteczne”.
„Ogrody Estensów” widziane oczami Tommasa Caraffy przekształcają się w scenerię pełną nienaturalnych eksperymentów, wymyślnych zabaw, w teatralny spektakl, przedstawiający zamierzoną przemoc wobec roślinnego świata, poddanego manipulacji sprzecznej z naturą, stanowiącego przedmiot skomplikowanej i dziwacznej ludzkiej pomysłowości. Ale zagadka milczącej i uległej postawy roślin wiedzie nas ku tajemniczemu i groźnemu labiryntowi. Ogród może wywoływać niemożliwe w środowisku miejskim uczucie rozkoszy. Powietrzne ogrody Babilonii przyprawiające o zawrót głowy, ogrody Semiramidy od Mezopotamii po Indie, ogrody Salomona i Alkinoosa, bardziej swojskie ogrody Epikura (z których filozof czerpał „summam voluptatem ex malorum simplicium comestione”), ogrody Hesperyd i Wenus, rozkoszny raj (Eden zmysłowych rozkoszy, biblijny paradisus voluptatis) ciążą niczym odległe i martwe strzępki mitologii, książkowe halucynacje, nad naszą bezkrwistą postmodernistyczną wyobraźnią. Dusi się ona w zatłoczonym świecie, gdzie wielkie
przestrzenie barokowych ogrodów, ulegających najbardziej zaskakującym metamorfozom, najbardziej teatralnym i mitologicznym obróbkom, wydać by się dziś musiały niezrozumiałym marnotrawstwem, wprost maniakalnie chaotyczną zabawą.
„[…] ogrody, gdzie stawy rybne są niczym morza, klatki na ptaki zawierają w sobie cały las, menażerie – wsie, mirty są jak Proteusze wśród drzew, udające raz groźnego Centaura, raz dobrze wyposażony statek, raz orła zrywającego się do lotu, raz tworzące spiralnie labirynt. A do tego jeszcze fontanny, w których woda, odzyskując utraconą wolność, wytryskuje w niebo strumieniem, przyobleka się w tęczę: szemrząc, rozpryskuje się tak zachwycająco, że wywołuje w gipsowych wężach gwizd podziwu, wydobywa muzykę z instrumentów z brązu, głos z marmurowych słowików”.