Tym razem postanowiła nie patrzyć na mijające sekundy, ale skoncentrować się na czymś innym. Patrzenie na tarczę stopera tylko pogarszało sprawę. W miarę nasilającego się uczucia dyskomfortu i coraz głośniejszego bicia serca po czaszce Harriet przebiegały lodowate fale migotliwych igiełek, podobne do kropel deszczu. Ponieważ piekły ją oczy, zamknęła je. Na tle pulsującej czerwonej ciemności siekł niezwykły deszcz rozżarzonych węgli. Czarny kufer obwiązany łańcuchami dudnił po luźnych kamieniach na dnie rzeki, znoszony przez prąd, łup, łup, łup, łup - w środku coś ciężkiego i miękkiego, ciało - i Harriet instynktownie zatkała nos, jakby chcąc odgrodzić się od odoru, ale kufer nadal sunął po omszałych kamieniach, gdzieś w złocistym, rozświetlonym żyrandolami teatrze grała orkiestra, Harriet usłyszała wyraźny sopran Edie, górujący nad muzyką skrzypiec: